Patrzysz na wiadomości wyszukane dla hasła: Dąbrowska Brygada Obrony Narodowej

Kawaleria w wojnie 1792 roku i podczas Insurekcji Kościuszko

Jedyne pochlebne oceny działań kawalerii z tego okresu jakie udało mi się odnaleźć w literaturze to wyprawa na pomoc powstaniu Wielkopolskiemu Korpusu Dąbrowskiego w skład którego wchodziły dwie brygady kawalerii narodowej, oraz walki w obronie Warszawy, ale tu chyba kawaleria musiała bić się w spieszeniu.

 » 

Wywalić wojsko poza centrum!

Z pisma prezydenta Tadeusza Ferenca adresowanego do ministra obrony narodowej Radosława Sikorskiego wynika, że miasto chciałoby przeniesienia koszar, które mieszczą się przy ul. Langiewicza i Dąbrowskiego, oraz siedziby dowództwa 21. Brygady Strzelców Podhalańskich z ul. Hoffmanowej.



a co z jednostkami przy Lwowskiej i Krakowskiej?

Wywalić wojsko poza centrum!

Jeżeli miasto porozumie się z MON na temat przeniesienia pod Rzeszów kilku obiektów wojskowych, zyska atrakcyjne tereny pod inwestycje.
Z pisma prezydenta Tadeusza Ferenca adresowanego do ministra obrony narodowej Radosława Sikorskiego wynika, że miasto chciałoby przeniesienia koszar, które mieszczą się przy ul. Langiewicza i Dąbrowskiego, oraz siedziby dowództwa 21. Brygady Strzelców Podhalańskich z ul. Hoffmanowej. "Proponujemy zlokalizowanie ich w miejscowości Stobierna. Rozwiązanie takie wydaje się korzystne zarówno dla miasta i jego mieszkańców, jak również dla garnizonu rzeszowskiego. Ze swojej strony deklaruję daleko idące wsparcie w realizacji tego zamierzenia tak w pozyskaniu niezbędnego terenu, jak i w budowie nowoczesnych obiektów dla garnizonu" - czytamy w piśmie. - Chcemy się spotkać z przedstawicielami ministerstwa i przedstawić nasze propozycje. Mamy nadzieję, że to spotkanie odbędzie się niedługo - mówi Marcin Stopa, rzecznik prezydenta Rzeszowa. Miasto chciałoby, aby tereny pozyskane od wojska były przeznaczone pod inwestycje. - Bo one dają nowe miejsca pracy dla mieszkańców - dodaje Stopa.

Pomysł na wyprowadzenie obiektów wojskowych poza miasto nie jest nowy. Od kilkunastu miesięcy władze Rzeszowa starają się o przeniesienie strzelnicy wojskowej położonej nieopodal osiedla Strzyżowska. W związku z taką lokalizacją wojsko korzysta ze strzelnicy bardzo rzadko. - A są to piękne tereny np. pod budownictwo mieszkalne - mówi prezydent Ferenc. - Nie chodzi o to, aby pozbywać się wojska z Rzeszowa. Ważne jest jednak, aby miało dobre warunki do ćwiczeń, a te znajdzie się niedaleko poza granicami miasta - tłumaczył Ferenc. Miasto znalazło już nawet miejsce pod lokalizację strzelnicy. - To teren należący do Skarbu Państwa, który leży w Stobiernej, w gminie Trzebownisko - mówią urzędnicy. Sprawa strzelnicy jest wciąż na etapie rozmów.

Wiadomo, że operacja wyprowadzenia obiektów wojskowych poza granice miasta nie będzie łatwa choćby z tego względu, że zaangażowanych w nią będzie kilka podmiotów, m.in. MON, Skarb Państwa i Urząd Miasta Rzeszowa. - W ciągu kilkunastu najbliższych dni opracujemy strategię. Być może jeszcze w tym miesiącu temat ten pojawi się na sesji rady miasta - mówi Aleksander Nowosad, zastępca dyrektora Biura Gospodarki Mieniem w Rzeszowie.

Wywalić wojsko poza centrum!

Miasto znów rozpoczyna starania o przejęcie terenów, które w Rzeszowie zajmuje wojsko. - Chodzi tylko o te działki, które wojsku są zbędne - podkreśla prezydent Tadeusz Ferenc

To już druga próba przejęcia przez samorząd miasta terenów należących do wojska. Pierwsza, którą miasto przeprowadziło przed kilkunastoma miesiącami, zakończyła się niepowodzeniem. Miasto starało się wtedy m.in. o przeniesienie rzadko wykorzystywanej strzelnicy, koszar, które mieszczą się przy ul. Langiewicza i Dąbrowskiego, oraz siedziby dowództwa 21. Brygady Strzelców Podhalańskich z ul. Hoffmanowej do Stobiernej.

- Zależy nam na tym, by wojsko zwolniło atrakcyjne tereny w mieście, ale aby nie przenosiło się zbyt daleko - tłumaczyli wtedy miejscy urzędnicy Ministerstwu Obrony Narodowej.

MON na propozycję władz Rzeszowa nie zgodziło się. "Przeniesienie kompleksów koszarowych i strzelnicy do oddalonej o około 10 km od centrum miasta miejscowości Stobierna jest z punktu widzenia potrzeb Sił Zbrojnych RP niezasadne'' - takie stanowisko ministerstwa zostało przysłane do ratusza.

Teraz temat powraca. Prezydent Rzeszowa Tadeusz Ferenc spotkał się już w tej sprawie w Warszawie z ministerialnymi urzędnikami. - Były to wstępne rozmowy. Chodzi nam o możliwość przejęcia przez miasto terenów, które wojsku są zbędne - tłumaczy Ferenc. Prezydent podaje tu przykład strzelnicy. - To 44 hektary prawie w centrum miasta, wyśmienicie nadające się pod budownictwo mieszkaniowe - mówi prezydent.

Dlaczego miasto na nowo zainteresowało się przejęciem terenów wojskowych? - Gotowy jest już projekt ustawy o rozwiązaniu Agencji Mienia Wojskowego, który niedługo może pojawić się w Sejmie. Liczymy, że jeśli przejdzie, samorządy będą mogły przejąć część mienia wojskowego - tłumaczą urzędnicy.

Źródło: Gazeta Wyborcza Rzeszów



http://miasta.gazeta.pl/r...owe_tereny.html

 » 

Po co nam Żandarmeria

Nie wiedziałem, że ŻW rozdaje nagrody

copy z www.redakcjawojskowa.pl

Gala finałowa konkursu "Lex et Patria"
Napisał Sylwia Guzowska
czwartek, 25 października 2007

– Pojawiające się w mediach informacje o wojsku koncentrują się na patologiach. Tymczasem ta strona naszej wojskowej rzeczywistości, którą rzecz jasna należy ujawniać, piętnować i skutecznie zwalczać, nie powinna przysłaniać tego, co w polskich siłach zbrojnych dobre, godne naśladowania. Każdy żołnierz może śmiało podać przykłady uczciwości, bezinteresowności, a czasem bohaterstwa, które spotkał na swojej drodze służbowej. Nie zawsze jednak piękne postawy w naszej armii są odpowiednio nagłośnione, dlatego też po raz drugi zorganizowaliśmy konkurs „Lex et Patria” – powiedział 24 października, podczas gali finałowej II edycji „Lex et Patria” zastępca komendanta głównego ŻW płk Jarosław Janczewski.
(...)
– Dzisiejsza uroczystość ma na celu uhonorowanie osób, które swoją codzienną, rzetelną i odpowiedzialną służbą przyczynili się do tworzenia pozytywnego wizerunku Sił Zbrojnych RP. Dzięki nim takie wartości jak uczciwość, bezinteresowność i sumienność są symbolem polskiego żołnierza – powiedział wiceminister Kotas, gratulując uhonorowanym dowódcom i żołnierzom.
(...)
Tegoroczna edycja konkursu „Lex et Patria” wyłoniła najbardziej praworządne jednostki wojskowe Sił Zbrojnych RP, skutecznie zwalczające przestępczość i patologie społeczne oraz żołnierzy, którzy ze względu na szczególne działania lub osiągnięcia przyczynili się do zmniejszenia, ograniczenia, wykrycia zjawisk lub przypadków przestępstwa. Najlepszymi jednostkami okazały się: 34 Brygada Kawalerii Pancernej w Żaganiu – dowódca gen. bryg. Andrzej Sobieraj (WL), 77 Dywizjon Rakietowy OP w Murowanej Goślinie – dowódca ppłk Piotr Miller (SP), po raz drugi 11 Pułk Łączności w Wejherowie – dowódca kmdr por. Włodzimierz Kluczek (MW) oraz, również po raz drugi, 15 Sieradzka Brygada Wsparcia Dowodzenia – dowódca płk dypl. Mirosław Siedlecki (DGW).

Zwycięzcami kategorii indywidualnej zostali: plut. Mariusz Sychowski i kpr. Marcin Dąbrowski z 16 kompanii chemicznej w Elblągu (pomogli funkcjonariuszom Straży Ochrony Kolei, których zaatakowali legitymowani młodzieńcy); mł. chor. sztab. Rafał Smykiewicz z 5 Batalionu Chemiczne w Tarnowskich Górach (zapobiegł patologicznym sytuacjom w jednostce); bosm. sztab. Bogdan Jaskółka z Dywizjonu Okrętów Wsparcia w Gdyni (pomógł policjantowi napadniętemu w autobusie podczas legitymowania głośno zachowującej się młodzieży) oraz szer. Ireneusz Kowalski z 15 Sieradzkiej Brygady Wsparcia Dowodzenia (oddał właścicielowi zgubiony portfel z dużą ilością pieniędzy).

Mówiąc o działalności ŻW i celu konkursu „Lex et Patria”, zastępca komendanta głównego ŻW płk Jarosław Janczewski podkreślał: – Robimy wszystko, aby mundur nie był przykrywką dla nikogo w łamaniu prawa. Jesteśmy świadomi, że bardzo skuteczną formą pozytywnego oddziaływania na środowisko wojskowe jest również pokazywanie tych, którzy w swojej służbie kierują się najwyższymi wartościami. Pułkownik stwierdził, że główną rolą żandarmerii nie jest wykrywanie przestępstw, ale zapobieganie im, stąd szczególny nacisk na działalność profilaktyczną.
Organizowany przez szkarłatne berety konkurs jest bardzo pozytywnie odbierany przez środowisko wojskowe. Pokazuje, że warto być uczciwym, praworządnym i ofiarnym. – Niech najlepsi nie pozostają anonimowi. Niech świat zobaczy, że ci, którzy kierują się najwyższym dobrem, są ludźmi sukcesu – powiedział płk Janczewski.

W tym roku w konkursie wzięły udział jednostki z wojsk lądowych, sił powietrznych, marynarki wojennej i Dowództwa Garnizonu Warszawa. W III edycji konkursu wezmą udział również wojska specjalne, Dowództwo Operacyjne oraz Inspektorat Wsparcia Sił Zbrojnych. Organizatorami konkursu są: Komenda Główna Żandarmerii Wojskowej, Stowarzyszenie Żandarmerii Wojskowej „Żandarm”, Departament Wychowania i Promocji Obronności MON. Patronat honorowy nad II edycją „Lex et Patria” objął minister obrony narodowej Aleksander Szczygło, a medialny „Polska Zbrojna”.

Radni zmieniaja nazwy ulic

Ja jako mieszkaniec ulicy Świerczewskiego nie zgadzam się na zmianę nazwy ulicy....


Poczytaj trochę panie Czajkowski biografii patrona swojej ulicy, bo nie wiem w dalszym ciągu, czy Was takiej w szkole uczą.
Gen. Karol Świerczewski / 1897 - 1947 /
Człowiek o sowieckiej mentalności i z radzieckim życiorysem i obywatelstwem.
Uczestnik Rewolucji Październikowej /1917 r./ walczył przeciwko Polsce w wojnie polsko - bolszewickiej 1920 roku, jako dowódca 2 batalionu 510 pp 57 DP. W latach dwudziestych i trzydziestych za lojalność wobec Stalina, KGB i NKWD był na różnych eksponowanych stanowiskach w Armii Czerwonej awansując na kolejne stopnie oficerskie.

W 1936 roku w imię stalinowskiego internacjonalizmu pod pseudonimem "gen. Walter" został wysłany do Hiszpanii dla dowodzenia XIV Brygadą Międynarodową do walki z innym totalitarnym systemem - faszyzmem. Był też dowódcą dywizji"A" i 35, w której walczyli Polacy z Brygady im. Jarosława Dąbrowskiego " Dąbrowszczacy "

Według historyków wojskowych Świerczewski ponosi współodpowiedzialność za śmierć 17 tysięcy hiszpańskich księży, zakonnic, dzieci z sierocińców.
W Armii Czerwonej zastał go kolejny konflikt polsko-radziecki, kiedy 17 września 1939 roku Armia Czerwona przekroczyła granicę Polski dokonując agresji.
W następstwie tej wojny NKWD dokonało mordu polskich oficerów w Katyniu /1940 r. / i przyczyniło się to do rzezi ludności polskiej na Wołyniu /1943 r. /. Konflikty polsko -- ukraińskie miały też miejsce po zakończeniu II wojny światowej i były skwapliwie wykorzystywane przez stalinowski reżim dla swoich celów.

W wojnie niemiecko - sowieckiej 1941 r. Świerczewski dowodził nieudolnie 248 Dywizją Piechoty narażając ją pod Wiaźmą na olbrzymie straty w ludziach.
W sierpniu 1943 roku został skierowany jako generał brygady na stanowisko z-cy dowódcy l Korpusu PSZ w ZSRR a w okresie od marca do sierpnia 1944 r. już w stanie generała dywizji został z-cą dowódcy Armii Polskiej w ZSRR. W międzyczasie w maju 1944 roku jako członek Rady Wojennej Armii / generałowie: Zygmunt Berling, Aleksander Zawadzki / był współtwórcą Dekretu Rady Wojennej PSZ na podstawie którego działalność Wojskowych Sądów Polowych była natychmiastowa bez obrońcy a w składzie orzekającym obok sędziego zawodowego zasiadali: przedstawiciel aparatu politycznego i informacji. Dekret ten był głównie wymierzony w żołnierzy Armii Krajowej, NSZ i WiN i innych zbrojnych organizacji niepodległościowych.

Od sierpnia 1944 roku Świerczewskiemu powierzono współorganizowanie II Armii WP, której został dowódcą / naczelnym prokuratorem II Armii był jego zięć pułkownik Antoni Skulbaszewski członek NKWD /.

Według współczesnych historyków wojskowości generał Świerczewski w wyniku nieudolnego dowodzenia w operacji łużycko - drezdeńskiej, / kwiecień 1945 r./ ponosi odpowiedzialność za śmierć około 5 tysięcy żołnierzy polskich / 20% składu osobowego II Armii WP / głównie 5 DP / śmierć poniósł gen. Aleksander Waszkiewicz /, 9 DP / ranny i do niewoli dostał się płk Aleksander Łaski/ a rozbita została 16 Brygada Pancerna Armii Czerwonej / śmierć poniósł dowódca płk Michaił Kudriawcew /.

Generał Karol Świerczewski ma na sumieniu represje wobec podziemia niepodległościowego i Polaków - patriotów żołnierzy Armii Krajowej /AK/, Narodowych Sił Zbrojnych / NSZ /, Zrzeszenia " Wolność i Niepodległość " /WiN /, Batalionów Chłopskich / BCh /. Z 39 wyroków ciąży na nim zatwierdzenie 29 wyroków śmierci.

Był jednym z polskich komunistów / m.in. obok Zygmunta Berlinga, Alfreda Lampiego, Luny Brystrygierowej i Wandy Wasilewskiej zwolenników Polski jako 17 - tej republiki radzieckiej.

Po zakończeniu wojny w stopniu generała broni / od 11.05.1945 r. / Świerczewski został Głównym Inspektorem Osadnictwa Wojskowego / VI - VIII 1945 r./, dowódcą Okręgu Wojskowego III w Poznaniu / IX - XII 1945 r. / a od 14 lutego 1946 r. II w-ce ministrem Obrony Narodowej. Był członkiem KC PPR, posłem na Sejm. Pośrednio, jak i bezpośrednio jako generał oraz wysokiej rangi funkcjonariusz państwowy odpowiedzialny jest za proces rusyfikacji Polski, za represje wobec ludzi obozu niepodległościowego, za prześladowania przedwojennych oficerów WP i tych przybyłych z Zachodu, za utrwalanie stalinizmu w Polsce, który tak wiele niedobrego poczynił w świadomości ludzi a konsekwencje odczuwamy po dzień dzisiejszy.
Zginął 28.03.1947 r. w tajemniczych okolicznościach pod Baligradem w Bieszczadach dostawszy się w zasadzkę oddziału UPA.

Na przestrzeni ostatnich lat III RP od 1990 roku w wielu miejscowościach Polski zniesiono wszelkie nazwy związane z gen. Swierczewskim. W Warszawie nazwę trasy W-Z, Akademii Sztabu Generalnego, Akademii Wychowania Fizycznego, Zakładów Metalowych; w Bydgoszczy, Poznaniu, ....... zmieniono nazwy ulic; usunięto pomniki / Warszawa, Bydgoszcz ........................

Wywalić wojsko poza centrum!

no i pomysl, zreszta jak prawie zawsze mozna wsadzic na poleczke z bajkami... wojsko nie zgodzilo sie na przeprowadzke wiec o sztucznym stoku:P pan P. moze tez juz jedynie tylko pomarzyc w nocy:

Rzeszów > Wojsko zostaje w mieście
Jednostki wojskowe z Langiewicza, Hoffmanowej i Dąbrowskiego pozostaną w Rzeszowie. Lokalizacji nie zmieni również strzelnica.

Władze miasta zaproponowały Ministerstwu Obrony Narodowej, aby wszystkie jednostki oraz strzelnicę wojskową z ul. Strzelniczej przenieść do oddalonej od Rzeszowa o 10 km Stobiernej. Uzyskane w ten sposób wolne tereny miały być przeznaczone pod inwestycje.

Wojsko nie zgodziło się na takie rozwiązanie. Na biurko prezydenta trafiła odpowiedź ze Sztabu Generalnego WP. Dowództwo sił zbrojnych twierdzi, że w Stobiernej, na działkach należących do skarbu państwa nie można wybudować nowoczesnej bazy szkoleniowej.



i jeszcze GW:

Wojsko nie chce się przeprowadzać
Artur Gernand
2007-04-12, ostatnia aktualizacja 2007-04-12 17:51
Stanowisko MON nadesłane do ratusza jest jasne - nie ma zgody na przeniesienie obiektów wojskowych z Rzeszowa do Stobiernej. - Nie składamy broni. Miasto jak oddechu potrzebuje nowych terenów inwestycyjnych. Będą kolejne rozmowy i propozycje - zapowiadają urzędnicy.
Wojsko jest właścicielem kilku atrakcyjnych nieruchomości w Rzeszowie, m. in. strzelnicy. - Wokół niej wyrosły bloki i domy, nie jest ona wykorzystywana. A zajmuje bardzo duży teren, który mógłby zostać wykorzystany np. pod budownictwo mieszkaniowe. Dlatego też chcemy się porozumieć z wojskiem w sprawie przenosin strzelnicy - zapowiadały władze Rzeszowa. Na teren strzelnicy dużą chrapkę miała m. in. Spółdzielnia Mieszkaniowa "Projektant", która swoje bloki buduje na osiedlach Wzgórza Staroniwskie i Strzyżowska, zlokalizowanych nieopodal strzelnicy. O terenach tych myślały także inne rzeszowskie spółdzielnie mieszkaniowe, które od dawna narzekają na brak terenów pod inwestycje i zmuszone są swoje obiekty budować poza miastem, np. na terenie gminy Boguchwała.

Miasto wyszukało teren, na którym mogłaby zostać na nowo wybudowana strzelnica. - To w okolicach miejscowości Stobierna. Tylko 10 km od Rzeszowa. Zależy nam na tym by wojsko zwolniło tereny w mieście, ale aby nie przenosiło się zbyt daleko - tłumaczyli urzędnicy. Rozmowy przeprowadzane z przedstawicielami 21.

Brygady Strzelców Podhalańskich dawały nadzieję na to, że pomysł przeprowadzki strzelnicy w nowe miejsce ma szansę realizacji. Ostateczną decyzję w takich sprawach podejmuje Ministerstwo Obrony Narodowej. - Wystąpiliśmy do MON-u. W piśmie zaproponowaliśmy także, aby oprócz strzelnicy do Stobiernej zostały przeniesione koszary, które mieszczą się przy ul. Langiewicza i Dąbrowskiego, oraz siedziby dowództwa 21. Brygady Strzelców Podhalańskich z ul. Hoffmanowej. Dzięki temu w Rzeszowie przybyłoby atrakcyjnych terenów pod inwestycje, nie tylko mieszkaniowe - tłumaczy Marcin Stopa, rzecznik prezydenta Rzeszowa.

Niestety MON na propozycję władz miasta nie zgodziło się. ''Przeniesienie kompleksów koszarowych i strzelnicy do oddalonej o ok. 10 km od centrum miasta miejscowości Stobierna jest z punktu widzenia potrzeb Sił Zbrojnych RP niezasadne'' - czytamy w piśmie podpisanym przez generała broni Lecha Konopkę, I zastępcę Szefa Sztabu Generalnego WP do władz Rzeszowa. Wojskowi swą decyzję tłumaczą m. in. tym, że w Stobiernej nie ma, ich zdaniem, możliwości stworzenia nowoczesnej bazy szkoleniowej.

Czy wojsku potrzebna jest strzelnica położona tuż przy osiedlach mieszkaniowych? - Obiekt ten nie jest rzeczywiście przez nas wykorzystywany do ćwiczeń strzeleckich. Nie ma atestu - mówi kapitan Artur Surmacz, rzecznik 21. Brygady Strzelców Podhalańskich. - Nie jest jednak tak, że obiekt ten stoi całkowicie bezużytecznie. Prowadzone są tam inne zajęcia - wyjaśnia rzecznik. Zdaniem MON ta strzelnica jest wam jednak niezbędna... - Nie komentujemy decyzji ministerstwa - kończy Artur Surmacz.

Miasto twierdzi, że w tej sprawie nie złoży broni. - Zależy nam na tym, aby w mieście pojawiły się nowe tereny pod inwestycje. Będziemy prowadzili kolejne rozmowy. Na razie więcej nie mogę zdradzić - mówi Marcin Stopa. Nieoficjalnie mówi się, że być może wojsku zostaną zaproponowane nowe, inne tereny, gdzie mogłyby powstać koszary i strzelnica.

Dąbroszczaków przelotowa do Partyzantów?

Ta ulica nosi nazwę Dąbrowszczaków a nie Dąbrowskiego.

Dąbrowszczacy – przyjęta w historiografii polskiej nazwa grupy polskich uczestników wojny domowej w Hiszpanii w latach 1936-1939, walczących w składzie brygad międzynarodowych po stronie wojsk republikańskich przeciwko wojskom gen. Francisco Franco. W hiszpańskiej wojnie domowej w latach 1936-1939, ogółem po stronie republikańskiej walczyło ok. 5000 obywateli polskich.

19 lipca 1936 roku grupa Polaków – emigrantów politycznych, zamieszkałych w Hiszpanii oraz uczestników międzynarodowej spartakiady robotniczej w Barcelonie wstąpiła do milicji republikańskiej i wraz z tzw. Centurią im. Ernsta Thälmanna (kompania) wymaszerowała na front aragoński.

28 sierpnia 1936 roku dziewięciu górników polskich z Francji przekroczyło granicę francusko-hiszpańską i wzięło udział w obronie miasta IrĂşnu. Po jego opanowaniu przez wojska rebelianckie 4 września 1936 roku wycofali się oni na teren Francji, lecz wkrótce wrócili do Hiszpanii. W Barcelonie wspólnie z przybyłą z Paryża grupą Polaków ze Stanisławem Matuszczakiem, Stanisławem Ulanowskim ps. "Bolek" i Antonim Kochankiem, którzy 8 września 1936 roku utworzyli 36 osobowy oddział ciężkich karabinów maszynowych im. gen. Jarosława Dąbrowskiego w składzie tzw. kolumny "Libertad" (batalion).


http://pl.wikipedia.org/wiki/D%C4%85browszczacy

I nazwa Dąbrowszczacy pochodzi od nazwiska generała Jarosława Dąbrowskiego.

Jarosław Dąbrowski przydomek Żądło, pseudonim Łokietek (ur. 13 listopada 1836 roku w Żytomierzu, zm. 23 maja 1871 w Paryżu) - polski działacz niepodległościowy, oficer rosyjski, generał i wódz naczelny wojsk Komuny Paryskiej.

Urodził się 13 listopada 1836 roku w Żytomierzu w szlacheckiej rodzinie herbu Radwan. W 1845 roku został wysłany do Korpusu Kadetów w Brześciu nad Bugiem. W 1853 roku przeniósł się do Korpusu Kadetów w Petersburgu, który ukończył w 1855 uzyskując stopień chorążego. Następnie przez cztery lata służył w wojsku rosyjskim walcząc z powstańcami czeczeńskimi na Kaukazie. Za kampanię kaukaską zostaje odznaczony.

Jarosław DąbrowskiNastępnie od 1859 do 1861 roku studiuje w Akademii Sztabu Generalnego w Petersburgu, po ukończeniu której otrzymuje stopień kapitana. Następnie zostaje kapitanem (rzeczywisty stopień Dąbrowskiego to sztabskapitan, w armii carskiej stopień pomiędzy porucznikiem a kapitanem, nie mający odpowiednika w armii polskiej) kwatermistrzem w VI Dywizji Piechoty w Warszawie.

Dąbrowski, jako działacz stronnictwa Czerwonych rozbudował je organizacyjnie. Był faktycznym organizatorem Komitetu Centralnego Narodowego. Planował wystąpienie rewolucyjne na 14 lipca 1862 r. w ścisłym porozumieniu z konspiracyjnymi organizacjami oficerów rosyjskich w Królestwie Polskim. Plan Dąbrowskiego nie zyskał uznania wśród białych i nie doszedł do skutku. Wkrótce potem Rosjanie rozbili spiski wśród żołnierzy rosyjskich. Dąbrowski został aresztowany 14 sierpnia 1862 po denuncjacji Polaka Alfa Wrześniowskiego, członka świty wielkiego księcia Konstantego Mikołajewicza. 10 listopada 1864 roku Dąbrowski został skazany na 15 lat katorgi. W drodze na Sybir zbiegł z więzienia przejściowego w Moskwie i od 1865 przebywał na emigracji we Francji. W 1871 r. był dowódcą 11 legionu gwardii narodowej oraz oddziałów broniących w Neuilly przeprawy przez Sekwanę. Stał na czele armii Frontu Zachodniego nad Sekwaną, następnie w dniu 5 maja został mianowany naczelnym wodzem całości wojsk Komuny. Zginął na barykadzie w dniu 23 maja 1871 przy ul. Myrhaw w pobliżu Montmartre w czasie obrony Paryża i został pochowany na cmentarzu Pere Lachaise. Jarosław Dąbrowski i Walery Antoni Wróblewski byli jedynymi oficerami Komuny o wyższych kwalifikacjach wojskowych.

W czasie wojny domowej w Hiszpanii jego imię nosili Dąbrowszczacy.


Ale nazwa i tak do zmiany. Przecież oni walczyli w Hiszpanii po stronie republiki przeciwko arcykatolikowi Franco.
Jarosław Dąbrowski też niesłuszny. Komuna Paryska to zryw rewolucyjny plebsu Paryża.

Wojna domowa w Hiszpanii- referat

Witam wszystkich.

ochote to moze go przeczytac.(mam przynajmniej taka nadzieje:)) Co o tym
myslicie? Co moglbym dodac, a co wyrzucic? Prawdopodobnie znajdzie sie kilka
bledow stylistycznych ale to juz chyba mniej wazne. Z gory dziekuje za
poswiecony czas!!!

napisze lepiej...

WOJNA DOMOWA W HISZPANII

        Zanim doszło do wybuchu wojny domowej w Hiszpanii, nastąpił szereg
wydarzeń, które miały istotny wpływ na losy międzywojennej Hiszpanii. Niemal
przez cały XIX wiek, tj. od najazdu Napoleona, Hiszpania była pogrążona w
liczne wojny, powstania oraz zamachy stanu. Istotna zmiana nastąpiła dopiero w
1874r., kiedy to liberalne ugrupowania reprezentujace hiszpańską burżuazje,
zgodziły sie na kompromis z feudalną oligarchią oraz zaakceptowały restaurację
monarchii Burbonów.
        Nadal jednak  nie radzono sobie z wszechobecną biedą i ubóstwem. W
szczególnie katastrofalnej sytuacji było rolnictwo. Również bardzo
konserwatywny Kościół, przeciwny jakimkolwiek reformom, przyczyniał się do
takiej, a nie innej sytuacji w kraju. W 1898r. doszło do wojny hiszpańsko-
amerykańskiej, która zakończyła sie klęską tych pierwszych. Amerykanie
zastosowali wariant ochrony ludności i wystąpili w obronie mordowanych
Kubańczyków. Po tej wojnie Hiszpania utraciła resztę swych kolonii: Kuba
odzyskała niepodległość, Puerto Rico, Guam i Filipiny przypadły Stanom
Zjednoczonym, natomiast Niemcom sprzedano Karoliny, Mariany i wyspy Palau.
         Zwycięstwo hiszpańskich partii republikańskich i socjalistycznych w
wyborach 1931 roku przesądziło o losach monarchii. Ówczesny król Alfons XIII,
który udzielił poparcia niepopularnej dyktaturze gen. Primo de Rivera (w 1923r.
dokonał zamachu stanu), został zmuszony do abdykacji i opuścił kraj. W Kwietniu
1931 roku Hiszpania została proklamowana republiką. Wkrótce utworzono tzw. Rząd
Tymczasowy, który przed obawą utraty poparcia przystąpił do przeprowadzenia
licznych reform. Hiszpański parlament uchwalił m.in. w grudniu 1931r. liberalną
konstytucje.
        Rządy te były jednak wyjątkowo nieudolne. Spowodowało to, że w
listopadzie 1933 roku prawica przejeła rządy. Trwały one jednak tylko dwa lata
albowiem już w 1936r. w wyborach do Kortezów (hiszpański parlament) zdecydowane
zwycięstwo odniesli republikanie. Zainicjowali oni powstanie tzw.
Republikańskiego Frontu Ludowego, którego przywódcą został socjalista Francisco
Caballero. Republikanie rozpoczeli krwawą walkę z monarchistami i
konserwatystami. Kontynuowano parcelację ziemi oraz konfiskowano majątki
hiszpańskiej arystokracji. Równocześnie prowadzono walkę z Kościołem. W
odpowiedzi, pięciu generałów stacjonujących w Maroku odmówiło posłuszeństwa
rządowi i utworzyło własny rząd narodowy na czele z gen. Francisco Franco.
Wkrótce jego wojska przedostały się na południe Hiszpanii, głównie dzięki
pomocy niemieckiej i włoskiej.
        Wojskowy pucz szybko przerodził się w wojnę domową miedzy
zwolennikami Franco a republikańskim frontem ludowym. Tak było np. w starej
Kastylii, w Nawarze, a także w niektórych miastach jak Sewilla, Saragossa i
Cordoba. Prowincje baskijskie i Katalonia pozostały posłuszne rządowi
republikańskiemu, które otrzymały autonomie.
        Obie walczące strony dążyły do zdobycia sobie jak największej liczby
sojuszników. Najszybciej z tym problemem poradzili sobie frankiści, którym z
pomocą przybyły faszystowskie rządy Niemiec i Włoch. Hitler przeznaczył na
pomoc generałowi Franco specjalną jednostkę lotniczą tzw. Legion Condor w
skład, którego wchodziły samoloty bojowe, czołgi oraz artyleria. Mussolini
natomiast przekazał uzbrojone oddziały lądowe. Inaczej sprawa wyglądała w
obozie Frontu Ludowego. Republikanie nie mogli liczyć na pomoc Anglii i
Francji, które w sierpniu 1936 roku zorganizowały komitet o nieinterwencji w
sprawy Hiszpanii. Taka decyzja była spowodowana obawą przekształcenia się
konfliktu w Hiszpanii w wojnę ogólnoeuropejską. Pomimo tego, udało im się
nawiązać stosunki dyplomatyczne z Moskwą. Sowieci wspomogli strone
republikańską znaczną ilością samolotów, czołgów i artylerii. Z pomocą
przybywali liczni ochotnicy z całej Europy tworząc tzw. brygady międzynarodowe.
Na ich czele stanął austriacki komunista Emil Kleber. Jego powiązania z Moskwą
były ukrywane, dlatego w Hiszpanii występował jako Kanadyjczyk pochodzenia
austriackiego.
        Warto również wspomniec, że w wojnie domowej Hiszpanii brali udział
Polacy, którzy opowiedzieli się po stronie Frontu Ludowego. Polacy walczyli w
batalionie im. J. Dąbrowskiego dowodzonego przez J. Strzelczyka. Szczególnie
wyróżnili się w walkach o Madryt oraz w bitwach pod Jaramą i pod Guadalajarą.
Pod koniec wojny żołnierze zostali internowani.
        Wojne domową w Hiszpanii można podzielić na kilka etapów. Jednym z
nich była próba zdobycia Madrytu przez gen. Franco. Na przełomie lat 1936-1937
frankiści czterokrotnie próbowali zdobyć stolice Hiszpanii. Pierwsza ofensywa
załamała się w listopadzie 1936r. Generałowi Franco nie udało się zrealizować
planu, który zakładał wejście do Madrytu juz 7 listopada. Kolejna ofensywa
przeprowadzona w styczniu 1937r. również nie przyniosła porządanych skutków. W
lutym tego samego roku doszło do trzeciej próby zdobycia miasta, jednak i tym
razem w bitwie pod Jaramą republikanie okazali się zbyt mocni. Czwarte natarcie
zostało przeprowadzone w marcu 1937r. z pomocą wojsk Mussoliniego. Było to już
jawne ingerowanie w sprawy Hiszpanii. Jednak pomimo pomocy z zewnątrz, Franco
poniósł kolejną klęskę pod Guadalajarą. Czterokrotne próby zdobycia Madrytu
skończyły sie niepowodzeniem.
        Republikanie obawiając sie kolejnych ataków na Madryt sami przeszli
do kontrofensywy. W lecie 1937r. rozpoczeła się operacja brunecka, której
głównym celem miało być odciążenie Frontu Północnego. Mimo kilku sukcesów nie
przynisła ona istotnych zmian, jednak od lipca 1937r. do marca 1939r. nie było
już większych prób zdobycia stolicy Hiszpanii.
        Generał Franco po nieudanych atakach na Madryt postanowił zmienić
strategie walki. Pod sugestią niemiecką zaplanował ofensywę, która miala za
zadanie rozcięcie terytorium republiki na dwie części, a nastepnie zdobycie
Katalonii. Dysponując zdecydowaną przewagą, wojska gen. Franco w szybkim tempie
przełamały republikańską obronę, a po zwycięskiej bitwie nad Ebro,
przygotowywano się do zajęcia Katalonii. Walki o Katalonie toczyły sie od
grudnia 1938r. do lutego 1939r. i zakończyły sie klęską Frontu Ludowego. W
lutym tego samego roku rządy Francji, Włoch oraz Anglii uznały utworzony w 1937
roku rząd Franco.
        Sytuacja Republikańskiego Frontu Ludowego stawała się co raz bardziej
dramatyczna. W Madrycie wybuchł spisek skierowany przeciwko rządowi Juana
Negrina. Na wynik wojny, ważny wpływ miała również postawa Związku
Radzieckiego. Kiedy Japonia zaatakowała Chiny i zajęła Pekin, Stalin
zrezygnował z planów hiszpańskich. Fakt ten przesądził o klęsce republikanów.
Pod koniec marca zdobyto Madryt, a 1 kwietnia 1939 roku gen. Franco ogłosił
zakończenie wojny.
        Bilans tej kilkuletniej wojny był tragiczny. Ocenia się, że straty po
stronie nacjonalistów wynosiły 90 tys. ludzi, a po stronie przeciwnej 110 tys.
Rannych po obu stronach zostało ponad mln osób. Poza linią frontu zamordowano
łącznie 130 tys. osób, 500 tys. obywateli Hiszpanii znalazło się na wygnaniu.
Prawie 200 tys. zginęło po wojnie w wyniku prześladowań. Po wojnie rozpoczął
się okres faszystowskiej dyktatury gen. Francisco Franco, która trwała do 1975
roku tj. do śmierci generała.

Bohaterowie naszych czasów

Pomodziłem trochu w postach Kulegi coby świeżo wyodrębniony wątek miał ręce i nogi [Hegemon] Dzięki, no bo sam tego nie mogłem tego tam zrobić o ile na początku miało to sens, to potem już w ogóle, a temat wart uwagi

i cuś ode mnie, wkleiłem już to w innym miejscu, ale i tu jak znalazł



I jeszcze najważniejsze, to do czego odnosi się artykuł RAZ-a

List otwarty w sprawie Dąbrowszczaków
Do opinii wolnego świata i polskich polityków

Warszawa, 17 IV 2007

My, dzieci i potomkowie dąbrowszczaków, ich przyjaciele oraz byli harcerze Jacka Kuronia z drużyn walterowskich, wychowani w poczuciu dumy, że garstka polskich obywateli przedarła się do rozdartej wojną domową Hiszpanii, aby na polu bitwy bronić demokratycznie obranego rządu Republiki Hiszpańskiej, protestujemy przeciwko pociągnięciom polskich posłów wymazującym tych bohaterskich ochotników z historii Polski.

Domagamy się unieważnienia i zaniechania aktów prawnych i administracyjnych podważających ich dobre imię. Minęło 70 lat od wybuchu wojny w Hiszpanii. Wyrażamy oburzenie zastosowaną przez posłów administracyjną metodą narzucania własnej wizji historii, sprzęgniętą z dezawuowaniem ludzi starych i bezbronnych, przekreślającą sens ich życia. Jesteśmy tym zgorszeni. Na myśl o tego rodzaju polityce polskiej ogarnia nas gorycz i niesmak.

Pamiętamy: ochotnicy polscy szli na wojnę hiszpańską pod polskim historycznym wezwaniem bojowym widniejącym wpierw na sztandarach powstania listopadowego w roku 1830, a potem na sztandarach generała Józefa Bema podczas europejskiej Wiosny Ludów: "Za wolność waszą i naszą".

Pamiętamy: ochotnicy polscy szli na wojnę hiszpańską poderwani bojowym wezwaniem europejskich demokratów: No pasaran - nie godząc się na faszyzm w Europie.

Pamiętamy: wielcy poeci i pisarze ówczesnego świata - Wystan Hugh Auden, Stephen Spender, Ernest Hemingway, Egon Erwin Kisch, wspierali Republikanów. Josif Brodski, kultowy poeta naszego pokolenia, wygnany z ZSRR, laureat Nagrody Nobla, przyjaciel Czesława Miłosza, Zbigniewa Herberta, Audena, Spendera, określił wojnę hiszpańską mianem ostatniej wojny XX wieku o Sprawiedliwe Miasto. Władysław Broniewski przekazał nam patos tamtego czasu w obrazie ostatniego gestu obrońców Madrytu: "w krwi umaczanym palcem na ścianie pisali no pasaran".

Pamiętamy: szukając postaci wzorcowych dla naszego dążenia do wolności w pojałtańskiej Europie XX wieku, ściętej lodem totalitaryzmu i zimnej wojny, na polach wojny domowej Hiszpanii znaleźliśmy emblematyczne dla nas postaci, ludzi, którzy ocalili honor europejskiej demokracji i politycznego idealizmu, i obraliśmy ich sobie na przewodników: George'a Orwella, Simone Weil, André Malraux, Nicolę Chiaromonte.

Hiszpania była podczas wojny domowej poligonem bohaterstwa, ofiarności, odwagi. Nie należy temu zaprzeczać. Także podstępu, zbrodni politycznej, podłości. I temu także nikt dzisiaj nie przeczy. Ale Hiszpania współczesna uczy nas czegoś innego - uczy nas, jak żyć po tych strasznych doświadczeniach, w których zwarły się w bezwzględnej walce dwie totalitarne potęgi, wynaturzając interesy republiki, europejskiej demokracji i XX-wiecznego idealizmu politycznego.

Dzisiejsza Hiszpania uczy sztuki wybaczenia, pokazuje drogę, jak godnie i bez rozlewu krwi wyjść z dyktatury. Namysł nad tą lekcją przydałby się naszym posłom. Może by pojęli, że międzynarodowi ochotnicy na frontach hiszpańskiej wojny domowej pierwsi doświadczyli okrutnej lekcji XX wieku w całej jej olbrzymiej skali. Późniejsze koleje ich życia to pouczające memento dla wszystkich, którzy cenią sobie nauki historii. Ta historia i ta bolesna nauka powinny być upamiętniane i szanowane. Nie może być tak, żeby wywalczone przez nas wszystkich swobody polityczne obracały się przeciwko naszym bliskim i były wykorzystywane przez rządzącą koalicję do szargania godności współobywateli.

Polskim posłom przypominamy: wielcy Polacy - Jerzy Giedroyc, Jacek Kuroń, Marek Edelman, Henryk Wujec - ujęli się w roku 1991 za byłymi ochotnikami i napiętnowali akty prawne przekreślające sens życia i walki polskich bojowników w szeregach republikańskiej Hiszpanii w latach 1936-39. Chciano pozbawić ich prawa do dodatku kombatanckiego oraz tytułu kombatanta i prawa uczestniczenia w polskich wojskowych i demokratycznych związkach kombatantów. Garstka tych ludzi jeszcze wtedy żyła. Dzisiaj posłowie wprowadzają przepisy, z których się wówczas pod presją opinii publicznej wycofano.

Wykreślono z historii polskich walk o wolność na pomniku Nieznanego Żołnierza nazwy frontów hiszpańskich, na których polscy ochotnicy oddali życie. Nie wiemy, kiedy to się stało, na mocy jakiego prawa i czyją kompetencją. Ani rządy Włoch, ani rządy Niemiec nie wykreśliły ze swojej historii swoich obywateli, uczestników wojny hiszpańskiej, ani nie usiłują zatrzeć pamięci o nich, niezależnie od tego, po jakiej stronie walczyli.

Polskie władze znalazły sobie też inną, małostkową i niegodną formę aktywności politycznej: specjalizują się w wynajdywaniu ulic mających za swych patronów bohaterów wojny hiszpańskiej, aby je przemianować. Ani jeden wniosek w tej sprawie nie pochodzi od mieszkańców.

Dla współczesnych demokratów lekcja wojny w Hiszpanii należy do lekcji historii Europy walczącej o wolność z dyktaturą. Bohaterowie tej wojny, którzy stali się jej pierwszymi ofiarami - również. W roku 1996 nowa demokracja hiszpańska pod rządami konserwatywnej partii prawicowej Aznara dekretem królewskim przyznała byłym ochotnikom Brygad Międzynarodowych obywatelstwo swojego kraju. Gdziekolwiek się znajdowali. Podczas kiedy IV Rzeczpospolita Polska, zamiast uhonorować ich i wynagrodzić wyrządzone krzywdy, wykreśla ich z historii Polski.

Chodzi nam o honor Polski. Dawnych żołnierzy republikańskiej Hiszpanii nie ma już wśród nas. Udało się nam odnaleźć tylko pięciu, w tym jednego w Paryżu i jednego w Szwecji. Emigrowali z Polski na fali kampanii antysemickiej rozpętanej przez polskie władze partyjno-rządowe w roku 1968. Ten, który schronił się we Francji, przebył po wojnie hiszpańskiej obóz nazistowski w Auschwitz. Ten, który dom znalazł w Szwecji, w latach 1952-54 zdążył być torturowany przez polską Informację Wojskową w ojczystym więzieniu. W Warszawie pozostało trzech, najstarszy ma lat 94, czego już nie pamięta; najmłodszy (również w Hiszpanii) liczy sobie obecnie lat 90. Kombatancki dodatek do renty wypłacany tym ludziom nad Wisłą zapewne może poważnie nadszarpnąć dobrobyt polskich posłów i, w rezultacie, budżet polskiego państwa. Potrafilibyśmy wówczas zrozumieć, przynajmniej w tej wymiernej części, przyczyny ich patriotycznego zrywu.

Jacek Kuroń uczył sztuki zrozumienia i wybaczenia. I przede wszystkim - wielkoduszności. Kreślimy tutaj swoje nazwiska w proteście przeciwko tej polityce niegodnej, obrażającej nasze rozumienie polskiej racji stanu. Apelujemy do opinii publicznej demokratycznego świata: nie spuszczajcie oczu z tego, co się dzieje w Polsce. W imię waszej i naszej wolności.

Jeśli ktoś spyta, jakim prawem i z jakich pozycji politycznych zabieramy głos, odpowiemy: prawem odwiecznym. Prawem Antygony. Politycy! Zostawcie zmarłych w spokoju. Zajmijcie się waszą i naszą przyszłością.

Dotychczas tekst podpisali:

Marek Edelman, ostatni dowódca powstania w getcie warszawskim, Łódź; Lechosław Goździk, przywódca protestu robotników, Październik 1956, Wybrzeże; Julia Hartwig, poetka, Warszawa; Leszek i Tamara Kołakowscy, Oksford, Anglia, z dopiskiem: ,,Nienawiść pewnej władzy do obywateli polskich, którzy walczyli z faszyzmem w obronie Republiki Hiszpańskiej, nie jest zdumiewająca, jest tylko nikczemna"; Krzysztof i Grażyna Pomianowie, Paryż; Henryk Wujec, b. członek Komitetu Obrony Robotników, działacz opozycji demokratycznej 1976-89

Dzieci dąbrowszczaków:

Dzieci HENRYKA TORUŃCZYKA (1909-66), inż. tekstylnego, który po studiach i podchorążówce przedarł się do Hiszpanii, tam - adiutant w batalionach im. Palafoksa i im. Mickiewicza w Brygadzie im. J. Dąbrowskiego; szef sztabu Brygady Międzynarodowej im. J. Dąbrowskiego pod dowództwem Bolesława Mołojca 1938, potem dowódca zgrupowania brygad międzynarodowych, które biły się w Hiszpanii po wycofaniu sił międzynarodowych w 1938; granicę Hiszpanii przekroczyły 9 II 1939; internowany w Afryce, nieprzyjęty do Wojska Polskiego, przedostał się do ZSRR; szef Batalionu Specjalnego walczącego przed 1. linią frontu, po przekształceniu go w KBW oddelegowany do administracji ziem zachodnich, nast. urzędnik administracji państwowej w Ministerstwie Przemysłu Lekkiego: córka Barbara Toruńczyk, wydawca, eseistka, b. więzień polityczny 1968-69, działaczka opozycji demokratycznej, Warszawa. Autorka Apelu; syn H.T. i JADWIGI WEŁYKANOWICZ (1910-89), dąbrowszczaczki, lekarki, na froncie 1937-39 (jej pierwszy mąż lekarz ze Lwowa zginął w Hiszpanii), autorki wspomnień z Hiszpanii pt. „Retirada” (,,Zeszyty Historyczne”, Paryż 2006 nr 156) i „Lwowski rodowód” (,,Zeszyty Literackie”, Warszawa 2007 nr 2/97): Jerzy Toruńczyk, architekt, z żoną Anne i synami Alkiem i Antoine, Francja, Aix-en-Provence; wnuczki H.T. - Emilia Bojańczyk, grafik, i Sabina Toruńczyk, psycholog, Warszawa; wnuk Szymon Toruńczyk, doktorant UW
syn MIECZYSŁAWA BRONIATOWSKIEGO (1912-89), porucznika XIII Brygady Międzynarodowej im. Jarosława Dąbrowskiego: Michał Broniatowski, Warszawa

żona i córka STEFANA SALOMONA FELMANA (1914-2004), dąbrowszczaka: Danuta Felman, Warszawa, i Dorota Felman, Paryż

rodzina GRZEGORZA ,,GRISZY" DZIERZGOWSKIEGO, batalion im. A. Mickiewicza: syn Sergiusz Dzierzgowski, nauczyciel akademicki; synowa Irena Dzierzgowska; wnuczka Anna Dzierzgowska, nauczycielka; wnuk Jan Dzierzgowski, student; Warszawa

córka i wnuczki JULIUSZA HIBNERA (1914-92), doktora fizyki, obrońcy Warszawy na czele KWB, 1956: Urszula Hibner-Bonnet, pracownik naukowy, i jej córki: Sarah i Anna, Montpellier, Francja

syn WACŁAWA KOMARA (1909-72) - dowódcy batalionu im. J. Dąbrowskiego, a od stycznia 1938 - dowódcy 129. Brygady Międzynarodowej (czesko-bałkańskiej), żołnierza 2. pułku I Dywizji Grenadierów, 1940, wziętego do niewoli w bitwie pod Dieuse (sześć ucieczek z obozów); od kwietnia 1945 w Paryżu, od grudnia 1945 szef II Oddziału Sztabu Generalnego WP, aresztowany przez GZI WP, 1952, oskarżony m.in. o szpiegostwo i spisek w wojsku, torturowany; zrehabilitowany wiosną 1956; od sierpnia 1956 dowódca Wojsk Wewnętrznych, obrońca Warszawy 1956 - Michał Komar, pisarz, publicysta, Warszawa

dzieci MICHAŁA BRONA (ur. 1909), w Hiszpanii w 129. BM, internowanego w obozach Gurs i Vernet, potem ZSRR, oficera 2. Armii WP, więzionego w Polsce przez Informację Wojskową 1952-54; torturowanego, dwukrotnego attaché wojskowego w Jugosławii; opuścił Polskę 1984, dołączając do dzieci w Szwecji: syn Michał Bron jr, pracownik naukowy, Uppsala, córka Sara Ebner, Lund, Szwecja

żona i syn DANIELA KRAUSA (1906 Sianki - Hiszpania - ZSRR - Polska - Sztokholm od 1968; tam zmarł w 1981): Krystyna Kraus i Daniel Kraus, Sztokholm, Szwecja; z dopiskiem: ,,Szukanie kozłów ofiarnych kiedyś skupiało się na istotach żywych. [...] W Sztokholmie i w Göteborgu są pomniki upamietniające udział Szwedów w Brygadach Międzynarodowych i w hołdzie poległym. Ich udział w Brygadach traktuje się jako udział w walce z faszyzmen bez względu na osobiste preferencje polityczne. Szwedów było około 500. 300 wróciło"

córka SIOMY LECHTMANA, w brygadzie Ernesta Thaelmanna 1937-39, następnie internowanego w obozach w Gurs i Vernet-D'Ariege; wysłanego do Oświęcimia,1942, zamordowanego prawdopodobnie 22 grudnia 1944 podczas marszu więźniów z Oświęcimia do Mauthausen

syn EMANUELA MINKA (l. 97) Paryż, Francja, ostatniego komendanta kompanii żydowskiej Naftalego Botwina w Brygadzie im. Jarosława Dąbrowskiego, członka Ruchu Oporu we Francji, więźnia Auschwitz: Georges Mink, profesor socjologii, Paryż

dzieci MARII GOTHELF-MELCHIOR (1914-64) i ROMANA MELCHIORA (1914-98), dąbrowszczaków, potem w Ruchu Oporu FTP-MOI, Francja: Małgorzata Melchior, socjolog, naukowiec, Warszawa, z braćmi Krzysztofem - w Szwecji - i Karolem - w Paryżu

córka LEONA RUBINSZTEINA (1915-60): prof. fizyki Halina Rubinsztein-Dunlop, Australia

syn ALEKSANDRA SZURKA ,,Alka" (1907-78), adiutanta gen. Świerczewskiego ,,Waltera", członka Ruchu Oporu we Francji, więźnia w Wulzburg in Bayern 1942-45, emigranta z Polski, 1968, autora "The Shattered Dream" (Boulder, Colorado, 1989): Jean-Charles Szurek, socjolog, naukowiec, Paryż

córki LEONA WINTERA-ZAGORSKIEGO (1910-84), podczas II wojny światowej na froncie w Jugosławii i we Włoszech, w 1953 usuniętego z wojska, emigranta 1968 - Joanna Winter, Szwecja i Stefania Jagodski, Frankfurt, Niemcy

żona, brat i syn Jacka Kuronia:

Danuta Kuroń, Andrzej Feliks Kuroń i Maciej Kuroń, Warszawa

wychowankowie Jacka Kuronia, jego byli harcerze oraz sympatycy i przyjaciele dąbrowszczaków:

Piotr Amsterdamski, fizyk, tłumacz, Warszawa; Halina Bortnowska-Dąbrowska, publicystka, działaczka społeczna, przewodnicząca katolickiego ruchu Wirydarz, Warszawa; Józef Chajn, druh drużynowy harcerzy Jacka Kuronia w drużynie im. Generała Waltera [Świerczewskiego], zwanych ,,walterowcami"; Danuta Chajn, dziennikarka, Warszawa; Izabella Cywińska, reżyser, b. minister kultury w rządzie T. Mazowieckiego, Warszawa; Mirka Dąbrowska, Argentyna; Kazimierz Dąbrowski, Warszawa; Małgorzata Dehnel-Szyc, Warszawa; Wiktor Drukier, Dania; Jerzy Duszyński, Warszawa; Barbara Gadomska, tłumaczka, Warszawa; Ludwik Wincenty Gadomski, Belgrad; Lucyna Gebert, profesor filolog, Rzym; Irena Grudzińska-Groß, profesor literatury, eseistka, Boston, USA; Jadwiga Jabłońska, b. działaczka "Solidarności", Warszawa; Elżbieta Janicka, dr nauk humanistycznych, wykładowczyni akademicka, Warszawa; Jacek Kleyff, piosenkarz, Warszawa; Jerzy Kubowski, dr n.t., Warszawa; Roman Kurkiewicz, publicysta, Warszawa; Ewa Kuryluk, artysta plastyk, pisarka, Paryż; Barbara Laszczewska-Majewski, Francja; Kurt I. Lewin, emerytowany założyciel Kurt I. Lewin Associates International Management Consultants, New York, USA. Służył wraz z b. dąbrowszczakami w Batalionie Specjalnym przy I Armii WP 1944-45. Nowy Jork; Bogdan Łaszczewski, Warszawa; Magda i Piotr Łazarkiewiczowie, reżyserzy, Warszawa; Marcel Łoziński, reżyser, Warszawa; Piotr Mankiewicz, Warszawa; Jan Meretik, Warszawa; Wiktor Osiatyński (podpisuje jako obywatel RP), Warszawa; Julian Osiek-Ruszowski, Łomianki; Barbara Passini, Warszawa; Marta Petrusewicz, historyk, Nowy Jork; Arcavacata-Włochy, Berlin; Ewa Petrusewicz-Ziajka, Warszawa; Aldek Ramer, Amsterdam; Jakub Ruiz, prawnik, Warszawa; Wanda Sadowska, Warszawa; Paula Sawicka, przewodnicząca Otwartej Rzeczypospolitej, Warszawa; Mirosław Sawicki, b. minister edukacji narodowej i sportu, b. walterowiec, więzień polityczny 1968, Warszawa; Olga i Janusz Stokłosowie, Pęcice Małe; Iwona Szpakowicz, pisarka; Stanisław Szpakowicz, informatyk; Błażej Szpakowicz historyk, Ottawa; Piotr Szulkin, reżyser, plastyk, profesor Szkoły Filmowej w Łodzi; Agnieszka Taborska, Andrzej Titkow, reżyser dokumentalista, poeta, Warszawa; Stefan Ulman, Szwecja; Zenon (Dani) Tracz, Izrael; Krzysztof Wagner, informatyk, Warszawa; Dov Bronisław Wajnryb, Rzeszów; Zofia Winawer, Warszawa; Natalia Woroszylska, tłumaczka, publicystka radiowa, Warszawa; Krzysztof Wyrzykowski, Warszawa; Ewa Zarzycka-Bérard, historyk, Paryż; Marek Żelazkiewicz, Kalifornia, USA

Źródło: Gazeta Wyborcza
http://serwisy.gazeta.pl/...ias=2&startsz=x



Ot w temacie "APELU"

Apel Kassandry

W demokracji właściwie każdy ma prawo głosić swoje poglądy. Jednak uczciwy zwolennik wolności z zaniepokojeniem przyjąłby próby apologii totalitarnego narodowego socjalizmu. Żadna znacząca gazeta nie opublikowałaby apelu w obronie rodziców podpisanego przez dzieci SS-manów. Tymczasem "Gazeta Wyborcza" publikuje podobny apel w sprawie Hiszpanii, gdzie zorganizowane i opłacane przez Stalina formacje ochotnicze walczyły przeciwko cywilizacji zachodniej. Tzw. dąbrowszczacy usiłowali w Hiszpanii wprowadzić ten sam system zniewolenia, który plugawił i tłamsił Polaków w latach 1939 - 1941 oraz 1944 - 1990.

Polski podatnik nie powinien utrzymywać swoich byłych katów. A ich dzieci powinny się wstydzić. Na apologię totalitaryzmu nie ma miejsca w wolnej Polsce. Milcząco przyjmując wybryki apologetów, zachęcamy ich do następnych eksperymentów w totalitaryzmie.

prof. Marek Jan Chodakiewicz, historyk, Waszygton;, Dymitr Hirsch, prezes Stowarzyszenia na rzecz Swobód Obywatelskich,, Wojciech J. Muszyński, historyk z IPN;, Sebastian Bojemski, b. szef NZSUW

Kłamliwy film "Defiance"

"Opór". (Nie)prawdziwa historia braci Bielskich

Od miesięcy robiono medialny szum wokół superprodukcji Hollywoodu, czyli filmu "Opór" ("Defiance") z Danielem Craigiem w roli głównej. Aktor ten jest znany przede wszystkim jako kolejne wcielenie "Agenta 007", czyli fikcyjnego Jamesa Bonda, dokonującego na ekranach rzeczy niemożliwych i to z niezwykłą łatwością. Był to trafny wybór. Aktor w filmie "Opór" miał bowiem pokazać również rzeczy, które tak naprawdę nie miały miejsca w rzeczywistości. Twórcom nie przeszkadzało jednak informować widzów już w zwiastunach, że film jest oparty na faktach. A więc - prawda czy nieprawda? Czy to, co zobaczymy na ekranach, wydarzyło się w rzeczywistości, czy też jest to kolejna fikcja literacka nastawiona na toporną propagandę i indoktrynację w ustalonym z góry kierunku?

"Badacze" z "Wyborczej"

Rzecz komplikuje się jeszcze bardziej, bo oto "Gazeta Wyborcza" oddelegowała dwóch swych redaktorów do zbadania i opisania historii braci Bielskich. Autorzy, Piotr Głuchowski i Marcin Kowalski, zatytułowali książę tak: "Odwet. Prawdziwa historia braci Bielskich" (Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2009). Czy z prawdą można polemizować? Jeśli rzecz została zbadana starannie i jest odpowiednio udokumentowana, bez pomijania czegokolwiek, co rzuca choćby cień na tok rozważań autorów, to oczywiście polemika nie ma sensu. Wystarczą same pochwały. Ale jeśli tak nie jest? Jeśli film, a w ślad za nim książka aż tak prawdziwa nie jest, to jak najbardziej - nie tylko można, ale po prostu trzeba stawić opór czarnej, jednostronnej propagandzie.
W 1994 r. Adam Michnik ogłosił na łamach swej gazety, że "zdolność do konfrontowania się z ciemnymi epizodami własnego dziedzictwa jest dla każdego narodu egzaminem z dojrzałości demokratycznej. Twierdzę, że Polacy dojrzeli do demokracji, co znaczy, że mają prawo do pełnej prawdy o własnej przeszłości". Wtedy chodziło o osławioną sprawę Powstania Warszawskiego i podparcie jakimś autorytetem tego, co na łamach "Wyborczej" napisał jej ówczesny kierownik działu kulturalnego Michał Cichy. Później wyszło na jaw, że autor paszkwilu na powstańców warszawskich preparował dokumenty, fałszował cytaty i - choć sam historyk z wykształcenia - wykonał pracę nie tyle historyczną, co histeryczną. Następnie zniknął na wiele lat...
Nie była to jedyna taka dyskusja na łamach tejże gazety. Tak samo było bowiem ze sprawą Jaffy Eliach i tym, co napisała o Ejszyszkach, jak to oddziały AK gromiły Żydów w nowej, sowieckiej już rzeczywistości. W tym przypadku również dyskusja została przerwana w miejscu najmniej wygodnym, gdy ukazały się rzeczowe publikacje, podparte solidną faktografią i badaniami źródłowymi, które gazetowe "ustalenia" obracały w perzynę.
Przypuszczam, że teraz będzie podobnie - już rozpoczęła się dyskusja. Nawet na forum internetowym "Gazety Wyborczej" czytelnicy wzięli pod lupę ustalenia jej dziennikarzy, jak choćby kłamliwe twierdzenie o rzekomym istnieniu "polskiego batalionu SS" na froncie wschodnim.
Nie trzeba było długo czekać. Jeden z autorów, Marcin Głuchowski, "przedstawił się", odpowiadając jednemu z krytyków: "Jak mniemam, jesteś historykiem, ja - tylko dziennikarzem, pewno wszystkie szczegółowe kwestie, o których piszesz, przedstawiają się tak jak twierdzisz, mimo to - sądzę, że książka Cię nie rozczaruje pełno w niej oczywiście skrótów (typu batalion SS zamiast pomocniczy batalion policyjny pozostający częściowo pod dowództwem SS) ale zważ, że napisaliśmy powieść dla ludzi, a nie pracę historyczną - to ma się czytać" (http://forum.gazeta.pl/forum/72,2.html? ... a=89777089).

I właściwie wszystko jest jasne - tak samo jak prawdziwym założeniem filmu "Opór" nie było pokazanie prawdy, tak samo dziennikarze "Wyborczej" zamiast "prawdziwej historii" dali nam "powieść dla ludzi", z ideowym uzasadnieniem takiego podejścia: "to ma się czytać". Ale w takim razie po co dobudowywać do wszystkiego ideologię, że jest w tym jakaś prawda?

100 km od miejsca zbrodni...

Jeśli tak zasobna gazeta, którą stać przecież na wynajęcie profesjonalistów, mających lepsze przygotowanie do badania historii niż to, jakie nam zaprezentował jeden z autorów, traktuje sprawę po macoszemu, powierzając ją osobom w ogóle do tego nieprzygotowanym, to rezultaty muszą być takie, jakie są. A są bardzo marne. Oto co według własnego mniemania ustalili dziennikarze "Gazety Wyborczej": "Pojechaliśmy na Białoruś, odnaleźliśmy ludzi, którzy pamiętają Bielskich oraz sowieckie dokumenty, gdzie partyzanccy dowódcy opisują mord w Nalibokach jako zwycięstwo w walce z 'niemieckim garnizonem'. W archiwach są nazwiska czterech dowódców akcji nagrodzonych za ten 'bój' - to towarzysze Gulewicz, Muratow, Szaszkin i Surkiew. Paweł Gulewicz wymieniony jest jako ten, który osobiście zabił czterech 'faszystowskich pachołków'.
Znaleźliśmy też ostatnich żyjących partyzantów Bielskiego: mieszkają na Białorusi, w USA i w Anglii. Ich relacje zgadzają się z zawartością sowieckich archiwów - w dniu pacyfikacji Naliboków (8 maja 1943 r.) - oddział Tewjego Bielskiego stacjonował 100 kilometrów dalej.
- Byli wtedy w miejscowości Stara Huta - opowiada Tamara Wiarszycka, historyk i dyrektor muzeum regionalnego w Nowogródku, gdzie znajduje się największy zbiór dokumentów pozostałych po Bielskich. - Do Puszczy Nalibockiej przeszli dopiero parę miesięcy później, o czym można przeczytać w opublikowanych już dawno relacjach" (http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/ ... skich.html).
Na oko wszystko wygląda wiarygodnie: pojechali, sprawdzili, zbadali, rozmawiali i wszystko opisali najlepiej, jak tylko potrafili. Ale z poznawczego punktu widzenia znacznie ważniejsze jest to, czego nie sprawdzili, nie zbadali i nie opisali. Pominięte jest bowiem wszystko to, co przeczyło z góry założonej tezie: że oddział Bielskich nie uczestniczył w masakrze. Ważne jest zatem to, co mówi jakaś Tamara Wiarszycka z Białorusi (czy znane są jej jakiekolwiek poważne publikacje na ten temat, skoro autorzy mianują ją historykiem?). Ale nie jest ważne to, co można znaleźć w dokumentach i relacjach, a co przeczy jedynie słusznej wersji.
Niewątpliwie "historycy" z "Wyborczej" mają poważne problemy z geografią. Choćby z publikacji Nechamy Tec wiemy, gdzie grupa Bielskiego przebywała w kwietniu i maju 1943 roku. Były to m.in. lasy jasionowskie, nieco na zachód od Wsieluba i rodzinnej wsi Bielskich - Stankiewicz. To niespełna 50 km od Naliboków! A skądinąd wiemy, że na osławione "operacje gospodarcze" uzbrojone grupy od Bielskiego wyprawiały się w promieniu nawet 80-90 km od swych obozów, nie odległość stała więc na przeszkodzie ich udziału w opisywanej pacyfikacji.
Do tego jeden ze znanych historyków młodszego pokolenia natychmiast po artykule Głuchowskiego i Kowalskiego autorytatywnie oświadczył w informacyjnym serwisie telewizyjnym, że grupa Bielskiego w tym czasie stacjonowała "100 km od Naliboków", więc udziału w tym nie brała. A szacunek dla słowa i własnej reputacji to już się nie liczy?

Mijają lata, śledztwo stoi w miejscu

Niepokojące jest również to, że prawdopodobnie i śledztwo IPN, mimo początkowych ustaleń, zmierza w stronę wykluczenia partyzantów żydowskich z udziału w masakrze. Świadczyć o tym może informacja Polskiej Agencji Prasowej z 14 stycznia br.: "Rzecznik IPN Andrzej Arseniuk poinformował, że kilku świadków mordu dokonanego w 1943 r. przez partyzantów sowieckich na polskich mieszkańcach wsi Naliboki zeznaje, iż wśród atakujących byli partyzanci od Bielskiego, jednak zeznania te 'nie są poparte dokumentami archiwalnymi'. (...) Pytany przez PAP, jaką wiedzę na temat udziału Żydów z oddziału Bielskiego w zbrodni w Nalibokach posiada IPN, Arseniuk wyjaśnił, że, 'kilku świadków lakonicznie zeznaje, że wśród atakujących byli partyzanci od Bielskiego; świadkowie nie wskazują jednak, na jakich przesłankach opierają to twierdzenie; ponadto zeznania te nie są poparte żadnymi innymi dowodami, np. dokumentami archiwalnymi'. Arseniuk zaznaczył jednocześnie, że część historyków również wskazuje na udział partyzantów z Oddziału Bielskiego w ataku na Naliboki, jednak autorzy nie przywołują w swych opracowaniach źródeł tych informacji".
Należy tu rozróżnić dwie rzeczy: naszą wiedzę o wydarzeniach (która zawsze będzie niepełna, ale z bardzo dużą dozą prawdopodobieństwa można je przecież zrekonstruować) od wymogów procesowych i stawiania zarzutów konkretnym osobom. W końcu jak świadkowie mają pamiętać, po kilkudziesięciu latach, twarze i dokładne nazwiska (oraz inne dane personalne) sprawców? Ale ewentualne umorzenie sprawy przez IPN nie będzie wcale oznaczać, że grupy "bojców" od Tewje Bielskiego nie były obecne w Nalibokach.

Skąd się biorą kontrowersje

Jaki jest stan wiedzy o "obozie rodzinnym" braci Bielskich? Bohater filmu i gazetowej "powieści dla ludzi" Tewje Bielski doczekał się sporej literatury, także historycznej. Występuje również w wielu materiałach uznawanych za źródła historyczne (niezależnie od konieczności przeprowadzenia ich krytyki). Dwie rzeczy są niewątpliwie prawdziwe: że Tewje Bielski istniał naprawdę oraz że trzymał żelazną ręką (wraz ze swymi młodszymi braćmi i grupą najbardziej zaufanych osób) "obóz rodzinny", w którym uratowało się 1200 osób pochodzenia żydowskiego. Rzecz nie wzbudzałaby prawdopodobnie żadnych kontrowersji (nawet fantastyczne opisy walk z niemieckimi kolumnami pancernymi), gdyby nie fakt, że od kilku lat toczy się (co prawda bardzo niemrawo) śledztwo Instytutu Pamięci Narodowej w sprawie pacyfikacji polskiego kresowego miasteczka położonego na skraju Puszczy Nalibockiej. Wydarzenia, jakie miały miejsce wczesnym rankiem 8 maja 1943 r., zapadły głęboko w pamięć mieszkańców, a na skutek wielu publikacji z ostatnich lat sprawa stała się w miarę głośna.

W tym dniu Naliboki zostały bowiem brutalnie zaatakowane przez oddziały partyzantki sowieckiej. Zginęło około 130 mieszkańców, w tym kobiety i dzieci. To również nie wzbudzałoby tak wielkich emocji i z pewnością "Gazeta Wyborcza" nie chciałaby poświęcać tak wiele sił, środków i miejsca na swych łamach jednej z wielu wojennych zbrodni. Kontrowersje pojawiają się dlatego, że wedle niektórych źródeł (w tym także żydowskich), a także pamięci poszkodowanych, w pacyfikacji Naliboków brali udział również partyzanci żydowscy, pełniący służbę w ramach partyzantki sowieckiej. I zapewne tylko tym da się wytłumaczyć takie medialne zaangażowanie wielkiego koncernu prasowego.

Wacław Nowicki - świadek niewygodny, więc niewiarygodny

Najbardziej przejmujący i pełny opis wydarzeń zawarty jest we wspomnieniach Wacława Nowickiego, bezpośredniego świadka zbrodni: "Godzina 5 rano, 8 maja 1943 roku. Długa seria z kaemu rozpruła poniżej okien frontową ścianę naszego domu, stojącą pod nią kanapę, przeleciała przez pokój i ugrzęzła w przeciwległej ścianie zaledwie kilka centymetrów nad naszymi głowami. (...) Mama dopadła okna.
- Wieś płonie! - krzyczy. (...)
O godzinie 7.00 strzały i jęki ucichły. Zewsząd wiało grozą śmierci i zniszczenia. Ocaleni od pogromu mogli teraz zobaczyć tragedię swego miasteczka i dokonanego w nim ludobójstwa. W niespełna 2 godziny zginęło 128 niewinnych ludzi. Większość z nich, jak stwierdzili potem naoczni świadkowie, z rąk siepaczy Bielskiego i 'Pobiedy'. Mordercy obojga płci wpadali do mieszkań i seriami z automatów unicestwiali we śnie całe rodziny, a obrabowane w pośpiechu (nawet z zegarków) domostwa palili i pijani od krwi, z okrzykiem 'hura!' szli dalej mordować. Wielu zbudzonych nagłą strzelaniną i jękiem sąsiadów wylatywało na podwórko. Tych rozstrzeliwano z dziećmi pod ścianami chat. Jedni i drudzy wraz z domostwem obracali się w popiół. Daleko słychać było ryk bydła i rżenie zagrabianych koni. Podczas dantejskiego pogrzebu trudno było zidentyfikować pozostałe czasem tylko kończyny dzieci, rodziców, dziadków z rodów Karniewiczów, Łojków, Chmarów i wielu innych" (W. Nowicki, Żywe echa, Warszawa 1993, s. 99-100).

Głuchowski i Kowalski w "Gazecie Wyborczej" całkowicie deprecjonują relację Wacława Nowickiego: "Odwiedziliśmy i Nowickiego - mieszka w Warszawie. Przyjął nas w pokoju zasypanym starymi egzemplarzami 'Naszego Dziennika'. Przyznał, że nigdy nie widział żadnego z Bielskich, nie ma też dowodów na ich udział w zbrodni, a plotkę o winie Tewjego i braci przekazał mu, przy wódce, niejaki 'Lowa z Nowogródka', potwierdził zaś 'Wania z Lubczy'. Wyniki śledztwa IPN autor 'Żywych ech' nazwał 'mydleniem oczu'. Film - wielkim antypolskim skandalem". Może się więc wydawać, że dochowali wszelkiej staranności, dają się wypowiedzieć wszystkim stronom. Nie napisali jednak, że przedstawili się panu Nowickiemu nie jako dziennikarze "Wyborczej", lecz jako "studenci historii" (a przynajmniej jeden z nich nic wspólnego z historią nie ma), którzy jego adres rzekomo otrzymali od nalibockiego proboszcza. Nie sprawdzili, ile pan Nowicki ma lat, jak się z nim obecnie rozmawia. Wystarczy, że powtórzy zasłyszane pytanie (w którym zawarta jest sugerowana odpowiedź), aby już mieć zmanipulowaną relację.
Do tego w książce posłużyli się innym "świadectwem", czyli wypowiedzią osiemdziesięcioletniej Leonardy Juncewicz, która do dziś mieszka w Nalibokach. Usłyszeli od niej to, co usłyszeć chcieli, a mianowicie: "Myślę, że wielu ludzi, co Bielskich oskarżają, że się tą książką [Wacława Nowickiego - przyp. L.Ż.] zasugerowali. A przecież... co ten Nowicki mógł wiedzieć? On wtedy naście lat miał". Wacław Nowicki miał już wówczas 18 lat i był zaprzysiężonym żołnierzem AK. Można to więc odwrócić: co "mogła wiedzieć" pani Juncewicz, kilka lat młodsza od niego, o napastnikach?

"Wioska już nie istnieje" - relacja Sulii Wołożyńskiej-Rubin

Przejdźmy więc do tego, czego dziennikarze "Wyborczej" w swych analizach przyjąć nie chcieli. Oto przed prawie 30 laty ukazała się w Jerozolimie książka Sulii Wołożyńskiej-Rubin. Jej mąż Borys Rubiżewski był żydowskim partyzantem w grupie Izraela Keslera, podporządkowanej Tewje Bielskiemu. Sulia też była w tej grupie. Oto jak ona wspomina mord w Nalibokach:
"Nieopodal [dworzeckiego] getta znajdowała się wioska. Żydzi musieli przez nią przechodzić po drodze do lasu, a partyzanci [sowieccy] w drodze z lasu. Ci wieśniacy ostrzegali biciem w dzwony i waleniem w miedziane garnki o przemarszu takich osób, aby ostrzec pobliskie wioski. Chłopi wybiegali z siekierami, sierpami - czymkolwiek, co może służyć do zabijania - i rżnęli każdego, a potem rozdzielali między siebie cokolwiek ci nieszczęśliwi mieli. Grupa Borysa [Rubiżewskiego] zdecydowała, aby położyć raz na zawsze kres takiej działalności. Wysłali kilku ludzi do tej wioski, a sami zaczaili się w zasadzce. Wkrótce rozległy się sygnały alarmowe i uzbrojeni chłopi wybiegli, aby zabić 'przeklętych Żydów'. No, ale rozległy się salwy i skoszono ich ze wszystkich stron. Trzy dni zajęło, aby zbić trumny [dla poległych chłopów] i ponad 130 osób pochowano. Nigdy już więcej żaden Żyd czy partyzant nie zginął na tych drogach" (S. Wolozhinski Rubin, Against the Tide: The Story of an Unknown Partisan, Jerusalem 1980, s. 126-127). Możemy spokojnie pominąć drastyczne opisy, jak to mieszkańcy wypadali z siekierami na przechodzących spokojnie Żydów, którzy przecież dysponowali bronią palną. Ale te wspomnienia, choć nazwa Naliboki w nich nie pada, jednoznacznie wskazują na opisywaną pacyfikację. Zgadza się też liczba ofiar. Nigdzie w pobliżu nie było takiej zbrodni. Przez prawie 30 lat nikt tych wspomnień nie zakwestionował.
Co więcej, mamy nowe informacje, że miał to być akt żydowskiej zemsty na polskiej miejscowości. Z czasem Sulia Rubin dopowiadała nowe, coraz bardziej drastyczne szczegóły, aby bardziej ubarwić swą opowieść. Pojawiły się one w filmie dokumentalnym "The Bielsky Brothers: The Unkown Partisans" (Soma Productions, 1993). Sulia wypowiada się w nim: "Wioska już nie istnieje. (...) Tego dnia pochowano 130 osób". W filmie tym (w którym wystąpił również jej mąż i inni uczestnicy grupy Keslera, który pochodził z Naliboków i też miał brać udział w masakrze) przyznano również, że grupy żydowskie dokonywały rabunków okolicznej ludności: "Największym kłopotem było (...) wyżywienie tylu ludzi. Grupy 10 do 12 partyzantów wymaszerowywały na odległość 80 do 90 kilometrów, aby rabować wioski i przynieść żywność dla partyzantów". Sulia pochwaliła przedsiębiorczość swego przyszłego męża Borysa za to, że obdarował ją futrem, ubraniami i butami.
Wypowiedzi partyzantów żydowskich, jakie padły w tym filmie (w tym samej Sulii), też nigdy nie były kwestionowane. Dlaczego więc miałyby nie być prawdziwe? A według Głuchowskiego i Kowalskiego, nie są (o filmie w ogóle nie wspominają). Dlaczego? Bo jakoby "z grubsza zgadza się ilość zabitych, ale nie zgadza się co innego - opodal Nalibok nie było w czasie wojny żadnego getta". Ale słowo "opodal" jest bardzo względne.

"Antysemici, którzy twierdzą, że zabijaliśmy Polaków, po prostu kłamią"

Mamy również ustne przekazy, które potwierdzają udział ludzi Bielskiego. W 1996 r. "Gazeta Wyborcza" przytoczyła wypowiedź Longina Kołosowskiego "Longinusa", partyzanta AK: "Zaczęły się masowe rabunki wsi. I to nie było raz czy dwa, ale jedni wychodzili, drudzy wchodzili. Miejscowi zaczęli więc walczyć o chleb, organizowali polsko-białoruską samoobronę. (...) W Nalibokach wyrżnęli 127 ludzi z samoobrony. Wszyscy mówili, że Naliboki zrobił Bielski" (J. Hugo-Bader, A rewolucja to przecież miała być przecież przyjemność, "Gazeta Wyborcza", "Magazyn Gazety", 15 listopada 1996 r.). Dlaczego mamy im nie wierzyć właśnie teraz, skoro wcześniej takie przekazy były afirmowane?
Świadkowie - Polacy mieszkający w Nalibokach - nawet w ostatnich latach bali się zeznawać. Maria Chilicka w liście do mnie z 3 marca 2004 r. napisała: "Faktem jest, że boją się zeznawać, bo ci bandyci są przy władzy w Polsce. (...) Myśmy wszystko stracili, raz spalili [nas] Sowieci z Żydami. Za trzy miesiące (...) spalili nas Niemcy. (...) Dla mnie wojna się nie skończyła, do dziś nie mamy spokoju w Polsce". Czy można się dziwić wszechobecnemu strachowi w tamtym pokoleniu? Po tym, co przeżyło podczas okupacji?
Historyk Bogdan Musiał, badacz m.in. partyzantki sowieckiej na Kresach, przytacza dokument - rozkaz dla Brygady im. Stalina (z 3 czerwca 1943 r.), który jednoznacznie potwierdza, że byli mieszkańcy Naliboków byli wykorzystywani przez Sowietów w ataku na tę miejscowość: "Trzeba wskazać na fakt, że partyzant oddziału Dzierżyńskiego Józef Szymanowicz, który jako mieszkaniec Naliboków miał oddziałowi pokazać drogę w czasie marszu do tej miejscowości, zabłądził i nie doprowadził jednej z grup partyzantów na czas do miejsca wyjścia".
Skoro w tym samym rozkazie są wymieniani liczni Żydzi, którzy zostali wyróżnieni za swą postawę "w partyzantce", to trudno zakładać, aby Sowieci nie wykorzystywali znających teren i miejscowe układy byłych mieszkańców tej miejscowości (zob. Bogdan Musiał, Sowjetische Partisanen in Weißrußland: Innenansichten aus dem Gebiet Baranovi˘ci, 1941-1944. Eine Dokumentation, Mün-chen: Oldenbourg, 2004, s. 190-191).
Autorzy skupili się jednak na wybiórczych relacjach tych Żydów z grupy Bielskiego, którzy obecnie usilnie zaprzeczają swemu udziałowi w masakrze. Jeden z nich, Jakow Abramowicz, napisał: "Antysemici, którzy twierdzą, że zabijaliśmy Polaków, po prostu kłamią". Jest to "argument" mocny i obecnie bardzo skuteczny. Drugi - Jack-Idel Kagan, napisał mniej napastliwie, ale jednoznacznie: "Rozmawiałem po wojnie z wieloma byłymi partyzantami Bielskich i zapewnili mnie, że ich w Nalibokach nie było". Tenże sam Kagan kategorycznie wykluczył też udział Rubiżewskiego, opierając się na geografii: "Powtarzam, że cały maj spędziliśmy w okolicy wsi Stara Huta. To gdzie indziej". To jednak za mało, aby całkowicie wykluczyć udział partyzantów narodowości żydowskiej w masakrze. Tym bardziej że 14-letni Kagan do końca września 1943 r. przebywał w getcie w Nowogródku i na temat obozu Bielskich tak naprawdę nie miał nic do powiedzenia!
I jeszcze jedno - Zvi Bielski (syn Zusa Bielskiego) stwierdził, że "Bielscy sprzątnęliby wszystkich mieszkańców wioski, jeśliby musieli, (...) ci ludzie byli okrutnymi zabójcami, kiedy musieli". Czy naprawdę musieli?
Z pewnością konieczne są dalsze badania i poszukiwania, choć nieubłagany upływ czasu bardzo szybko zaciera resztki śladów.

O wszystkim decydowali Sowieci, ale...

Mimo wszystko dyskusja na te tematy - choć niepotrzebnie sprowadzona przez "Wyborczą" wyłącznie do zagadnienia: Żydzi czy nie-Żydzi? - jest bardzo potrzebna. Nie można oskarżać Żydów o zaplanowanie tej akcji czy kierowanie nią. O wszystkim, co istotne, decydowali przecież Sowieci. Ale grupy żydowskie były ich znaczącą częścią, trudno więc zdjąć z nich odpowiedzialność za wspólne dokonania.
Partyzantka sowiecka, pokrywająca olbrzymie połacie północno-wschodnich krańców RP, była wielokrotnie silniejsza od partyzantki polskiej, która nie była w stanie w pełni chronić ludności polskiej i polskiego stanu posiadania. Należy przy tym pamiętać, że warunki okupacji i działalności partyzantki na tych ziemiach były zupełnie inne niż w centralnej Polsce. Tu Niemcy panowali jedynie nad strategicznymi drogami i liniami kolejowymi, ich garnizony stacjonowały tylko w większych miejscowościach. Wokół zaś była "ziemia niczyja", wydana na łup wszelkich band rabunkowych i sowieckich "otriadów". Były to dla nich Dzikie Pola, na których można było bezkarnie hasać: kraść, rabować, napadać, gwałcić, mordować.
Raporty Delegatury Rządu i Armii Krajowej z tych terenów nie pozostawiają złudzeń co do istoty "sowieckiej partyzantki" oraz działającej ściśle w jej ramach "partyzantki żydowskiej". Jeden z nich tak to ujmuje:
"Akcja band bolszewickich jest tak ściśle związana z działalnością band rabunkowych i tyle ma wspólnych z nimi cech, że trudno jest nieraz (je) rozróżnić. Specjalną kategorię, jak gdyby pośrednią, stanowią bandy żydowskie, szczególnie znienawidzone przez ludność za swą bezwzględną i pełną nienawiści postawę, przede wszystkim do wszystkiego, co jest polskie".
Gdy dziś czytamy w zachodnich publikacjach o "polskich obozach koncentracyjnych", o "nazistowskiej AK", o współudziale Polaków w zagładzie Żydów, trudno oprzeć się przekonaniu, że mamy do czynienia z jakąś ogromną ofensywą propagandową. Bardzo często pojawiają się zarzuty (także w publikacjach dotyczących obozu Bielskiego), że AK dokonywała na nich mordów. Tylko że są to insynuacje bez pokrycia. Natomiast udział grup partyzantów żydowskich (w ramach oddziałów sowieckich) w bezwzględnym zwalczaniu oddziałów AK jest przecież bezsporny.

Partyzantka sowiecka była dla ludności polskiej tych ziem "drugą okupacją", często groźniejszą i bardziej okrutną. Niemieckie pacyfikacje, choć straszliwe w skutkach, dokonywane były co jakiś czas w ramach akcji odwetowych lub zastraszających. Partyzanci sowieccy i żydowscy mogli przychodzić noc w noc. Zabierali dosłownie wszystko - nawet rzeczy, które w ogóle w ich leśnym życiu były nieprzydatne, ale przecież miały jakąś wartość. Ich działalność przeciwko Niemcom - w porównaniu do możliwości kadrowych i posiadanego uzbrojenia - była doprawdy znikoma. Do tego dochodziły gwałty na kobietach dokonywane z ogromnym okrucieństwem. Nie było przed tym obrony - polska partyzantka była nieporównanie słabsza, gorzej uzbrojona, mogła operować tylko silnymi oddziałami.

"Ludność chwyta za broń w swej obronie"

Głuchowski i Kowalski wiedzą o tym, ale tak naprawdę bagatelizują problem. W obozie Bielskiego wygląda to wręcz na sielankę: "Sam Tewje nie zaprzeczał po wojnie, że sypiał z wieloma kobietami, ale - przynajmniej w obozie - starał się unikać mężatek, obojętnie, czy mąż był w lesie, czy w getcie". To, co robił on i jego "bojcy" poza obozem, w ich opowieści właściwie nie istnieje. A przecież sprawa gwałtów na kobietach stała się jednym z głównych problemów w rozmowach polsko-sowieckich w połowie 1943 roku, gdy Polacy chcieli jakoś unormować stosunki z Sowietami. Apelowali o "(...) niewysyłanie Żydów na rekwizycje (ludność się skarży) samorzutnie chwyta za broń w swej obronie, bo ci się znęcają, gwałcą kobiety i małe dzieci (...) obrażają ludność, straszą późniejszą zemstą Sowietów, nie mają miary w swej nieuzasadnionej złości i w rabunku".
Czy można to wszystko pominąć milczeniem, gdy bada się skomplikowane dzieje Kresów w tamtych latach? Czy można w ogóle mówić o klasycznej partyzantce w odniesieniu do grup żydowskich, które bardziej były "grupami przetrwania" i nie prowadziły walki z okupantem niemieckim? Czy można pomijać całkowitym milczeniem skomplikowane, nieformalne porozumienia grup żydowskich z Niemcami w Puszczy Nalibockiej (wspomina o nich choćby Sulia Rubin), a jednocześnie pisać o oddziałach AK por. Adolfa Pilcha, ps. "Góra", "Dolina", jako faktycznych niemieckich kolaborantach: "Polacy wespół z Niemcami konwojują transporty mąki idące do Mińska. Gdy napadają ich Sowieci - bronią się ramię w ramię". Dlatego tak łatwo Głuchowskiemu i Kowalskiemu udało się napisać o "polskim batalionie SS", którego przecież nie było.
Należy życzyć autorom, aby w jakichkolwiek badaniach, w tym także historycznych, wykazali więcej staranności i nie pomijali niczego, co może być istotnym objaśnieniem. A przede wszystkim - aby nie szli na tak skandaliczne "skróty", które mają usprawiedliwić skandaliczne błędy. Widzowie zaś, którzy na film "Opór" mimo wszystko się wybiorą, powinni potraktować go z przymrużeniem oka jak filmową bajkę, która z historią prawdziwą, która jest nauczycielką życia - naprawdę nie ma nic wspólnego.

-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

"Film o Żydach-powstańcach to piramidalna bzdura"

W piątek na ekrany polskich kin wchodzi amerykańska superprodukcja „Opór”, opowieść o żydowskich partyzantach Tewje Bielskiego. Dla Żydów to bohaterowie, którzy w obliczu Zagłady, zamiast iść jak owce na rzeź, postanowili działać. Zupełnie inaczej postać Bielskiego widzą polscy historycy. – Ten film oddaje tylko cząstkę prawdy, fałszuje historię. Jest szkodliwy dla stosunków polsko-żydowskich – mówi w rozmowie z Wirtualną Polską historyk z Instytutu Studiów Politycznych Polskiej Akademii Nauk prof. Krzysztof Jasiewicz.

Joanna Stanisławska: Wiele środowisk w Polsce protestuje przeciwko emisji filmu „Opór”, który według nich jest kłamliwy, całkowicie fałszuje prawdę historyczną. Czy przedstawione w filmie realia są prawdziwe?

Prof. Krzysztof Jasiewicz: Ten film jest piramidalną bzdurą, opisuje rzeczy, jakie na Nowogródczyźnie, w ogóle na Kresach Wschodnich w czasie wojny nie miały miejsca. Tewje Bielski jest owszem postacią autentyczną, wraz z braćmi stworzył w Puszczy Nalibockiej obóz, w którym końca wojny doczekało ok. 1200 Żydów, ale nigdy z Niemcami nie walczył, tak jak zostało to przedstawione w filmie.

Joanna Stanisławska: Na ekranie zaś oglądamy szarżę na niemieckie czołgi w środku puszczy. Jak było naprawdę?

Prof. Krzysztof Jasiewicz: W rzeczywistości ani oddział Bielskiego, ani inna działająca w tym rejonie grupa partyzantów pod dowództwem Simchy Zorina, licząca 562 osoby, nie prowadziły działalności bojowej. Bezpośrednia walka z Wehrmachtem nie była ich celem. Partyzanci byli tropieni przez Niemców, za przywódców była wyznaczona wysoka nagroda, ale członkowie formacji nie podejmowali walki z okupantami, a jedynie uciekali przed nimi, kryjąc się po lasach. Chcieli przetrwać. Ich główną aktywnością było pozyskiwanie prowiantu od głodujących chłopów. Napadali na polskie wsie, rabując resztki żywności. Żydowskie grupy odznaczały się wyjątkową brutalnością, dochodziło do morderstw, gwałtów.

Joanna Stanisławska: Rekwizycje żywności robiła także Armia Krajowa i wszystkie inne partyzantki na świecie…

Prof. Krzysztof Jasiewicz: Tak, z tą różnicą, że na ogół partyzanci mają poparcie ludności miejscowej. Wokół Puszczy Nalibockiej znajdowały się polskie dwory pod niemieckim zarządem, a partyzantom Bielskiego oparcia w Polakach brakowało. Z pewną dozą sympatii traktowała ich zamieszkująca te tereny ludność białoruska.

Joanna Stanisławska: Partyzant z oddziału Bielskiego Anatol Wertheim pisał we wspomnieniach: „Jedzenia mieliśmy tyle, że posyłaliśmy nawet do Moskwy. Raz w tygodniu lądował na polowym lotnisku w puszczy samolot, przywoził gazety i materiały propagandowe, a zabierał samogon, słoninę i kiełbasy naszego wyrobu".

Prof. Krzysztof Jasiewicz: Ilość żywności, jaką posiadali, była porażająca, a trzeba pamiętać, że w okresie wojny głód był powszechny. Te liczby znamy z ich własnych sprawozdań, które się zachowały w archiwach sowieckich. Historia Bielskiego, w filmie przedstawiona jednoznacznie pozytywnie, jednowymiarowo, miała jeszcze wiele takich „odcieni szarości”. Przypuszcza się na przykład, że od przybyłych do puszczy uciekinierów z gett pobierał haracz. Otaczał się też ogromnym luksusem, podczas gdy sytuacja materialna mieszkających w jego obozie Żydów była zła.

Joanna Stanisławska: Czy partyzantka żydowska działająca na Kresach była kontrolowana przez Sowietów?

Prof. Krzysztof Jasiewicz: Tak, oddziały, o których mówimy, walczyły po stronie sowieckiej. W 1943 roku, kiedy polsko-sowiecki konflikt wokół Katynia osiągnął swoje apogeum, kiedy Niemcy odkryli masowe groby polskich oficerów i nagłośnili sprawę, na Kresach rozgorzała jawna wojna. Partyzantka sowiecka rozbrajała polskie oddziały, mordowała polski element przywódczy. Żydzi również brali udział w tych akcjach. Zresztą Bielski, który był przedwojennym kapralem Wojska Polskiego, po 17 września 1939 roku, kiedy Nowogródczyzna przez dwa lata była częścią Związku Sowieckiego (do niemieckiego najazdu w czerwcu 1941) był sowieckim urzędnikiem. Jak więc sowiecki aparatczyk może być bohaterem?

Joanna Stanisławska: Dla Żydów Tewje Bielski jest bohaterem, to drugi Oskar Schindler, a film „Opór” ma zrywać z panującym powszechnie przekonaniem o żydowskiej bierności wobec Zagłady, o tym, że Żydzi jak owce szli na rzeź, nie stawiali oporu.

Prof. Krzysztof Jasiewicz: Ciężko uznać rabunki i napady na ludność cywilną za przejaw bohaterstwa. Rozumiem, że środowiska żydowskie chcą promować postawy swojego narodu, swoje tradycje, ale wydaje się, że przybrało to formę przesadzoną, bo nie może być tak, że dzieje świata są zdominowane przez jedno wydarzenie pod nazwą Holocaust. Inne narody też miały swoje tragedie, straszne momenty w historii, które jednak nie przebiły się do kultury masowej.

Joanna Stanisławska: Przeciwnicy filmu, obawiają się, że utrwali on fałszywy obraz historii naszego regionu. Czy podziela Pan tę opinię?

Prof. Krzysztof Jasiewicz: „Opór” powinien być poprzedzony informacją, że przedstawia opowieść fikcyjną. Można założyć, że Polacy w miarę się jeszcze orientują w faktach historycznych, ale zdecydowana większość widzów, którzy obejrzą ten film na całym świecie, za prawdę uzna to, co zobaczy na ekranie. To o tyle przykre, że na Kresach Wschodnich dochodziło do autentycznych przypadków bohaterstwa, które mogłyby stać się kanwą dobrego sensacyjnego filmu. Tak jak historia powstania w Czortkowie, kiedy grupa młodych chłopców porwała się z bronią na garnizon sowiecki. Zostali złapani, dostali karę śmierci, a część dalsze życie spędziła w łagrach. Niesłychanym bohaterstwem wykazał się również podpułkownik Jerzy Dąbrowski, który w 1939 roku po klęsce wrześniowej walczył z bolszewikami w Puszczy Augustowskiej. Jego odział walczył okrył się taką sławą, że w 1939 roku pisał o nim brytyjski „The Times”. Wobec tych przykładów bohaterstwa, historia oddziału Bielskiego wydaje się czymś zupełnie prozaicznym.

Rozmawiała Joanna Stanisławska, Wirtualna Polska

------------------------------------------------------------------------------------------------------

Potocznie mianem polityki historycznej określa się coś, co należałoby nazwać raczej historycznym pijarem: propagandowe wycinanki z dziejów, nadawanie rozgłosu i znaczenia pewnym epizodom i postaciom, a tuszowanie innych, zwykle prowadzące do zupełnie groteskowego wykoślawienia historii. Rosja nagłaśnia rocznicę wypędzenia z Kremla polskich okupantów, Niemcy kręcą filmy o uczestnikach antyhitlerowskiej konspiracji w czasie wojny (wszystkich dziewięciu), a Hollywood przerabia Żydów, którzy z bronią w ręku rabowali polskich wieśniaków, na bohaterskich partyzantów.

Na taką politykę historyczną innych nacji powinniśmy odpowiedzieć, zdaniem wielu, pięknym za nadobne. Zrobić film o powstaniu warszawskim i Monte Cassino, wrednemu stereotypowi Polaka-bigota i antysemity z popkultury zachodniej przeciwstawić, na miarę posiadanych środków, pozytywny stereotyp Polaka – bohatera walki o wolność.

Na razie niewiele się w Polsce w tym kierunku robi, ale przynajmniej się o tym mówi, i to mówienie jest o tyle dobre, że przynajmniej odstąpiono od polityki historycznej, jaką postulowano wcześniej, szermującej hasłem „odbrązawiania”, a w istocie ożywianej perwersyjną chęcią poniżania własnego narodu i odbierania mu tych resztek dumy, jakie jeszcze czerpie ze swej przeszłości, w przekonaniu, że tylko przez takie przeczołganie wiedzie droga do jego europeizacji i modernizacji. Gdy więc czytam, że odłożono ad acta scenariusze demaskatorskiego filmiku o 13. posterunku na Westerplatte albo wrednego produkcyjniaka o Jedwabnem, to mam nadzieję, że może przynajmniej w tej kwestii IV RP nie okaże się tylko „pieredyszką”, ale trwałą zmianą.

Rafał A. Ziemkiewicz

Więcej tu: http://www.rp.pl/artykul/61991,252827.html

Gdzie szukać info o wydarzeniach zw. ze służbami mundurowymi

Obchody Święta Wojska Polskiego i 87. rocznicy Bitwy Warszawskiej - KALENDARIUM UROCZYSTOŚCI

w dniu 14 sierpnia 2007 r.

godz. 13.30 w Muzeum Wojska Polskiego - złożenie wieńców przy obelisku upamiętniającym żołnierzy Wojska Polskiego poległych w misjach pokojowych i stabilizacyjnych.

godz. 14.00 w Muzeum Wojska Polskiego - uroczystość wyrażenia uznania żołnierzom w formie wpisu do „Księgi Honorowej Ministra Obrony Narodowej” i wręczenie odznak honorowych i Medali „Kustosza Tradycji, Chwały i Sławy Oręża Polskiego”.

godz. 17.00 na Cmentarzu Powązkowskim (katolickim) - złożenie wieńców przez delegację Sił Zbrojnych Republiki Francuskiej

godz. 18.00 na Cmentarzu Wojskowym na Powązkach - Apel Pamięci połączony z zapaleniem zniczy na mogiłach żołnierzy poległych w latach 1920-1922.

w dniu 15 sierpnia 2007 r.:

godz. 9.00 Msza Święta za Ojczyznę w Katedrze Polowej Wojska Polskiego.
ul. Długa 13/15

godz. 10.30 Wręczenie odznaczeń państwowych i aktów nominacyjnych. Pałac Prezydenta RP
ul. Krakowskie Przedmieście

godz. 12.00 Uroczysta Odprawa Wart przed Grobem Nieznanego Żołnierza. pl. marszałka Józefa Piłsudskiego

godz. 14.00 Defilada wojskowa
Al. Ujazdowskie

godz. 11.00–22.00 Festyn Żołnierski w Łazienkach Królewskich.

godz. 17.00 Uroczystości patriotyczno-religijne z okazji 87 rocznicy Bitwy Warszawskiej.
Radzymin

Program Festynu Żołnierskiego z okazji Święta Wojska Polskiego w Łazienkach Królewskich w Warszawie 15 sierpnia 2007 r.

Teatr na Wyspie (Amfiteatr)

godz. 11.00–11.15 Otwarcie Festynu Żołnierskiego.

godz. 13.30–14.45 Prezentacje artystyczne solistów i zespołów reprezentujących wojskowe ośrodki kultury. Konkurs historyczny z nagrodami.

godz. 15.00–16.30 Koncert premierowych piosenek wojskowych w wykonaniu solistów i Reprezentacyjnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego.
Plebiscyt publiczności na najlepszą piosenką wojskową.

godz. 16.45–18.15 Koncert Galowy Laureatów 4. Przeglądu Piosenki Żołnierskiej Wojska Polskiego.
godz. 18.15–19.00 Konkurs historyczny z nagrodami.

godz. 20.00–20.15 Odczytanie protokołu Jury Konkursu na Piosenkę Wojskową i Patriotyczną. Odczytanie werdyktu plebiscytu publiczności. Wręczenie nagród.

godz. 20.15–21.30 Koncert Reprezentacyjnego Zespołu Artystycznego Wojska Polskiego fragment widowiska pt. „Cud nad Wisłą”.

Plac przy pomniku Chopina

godz. 16.00–17.00 Koncert Orkiestry Reprezentacyjnej Pomorskiego Okręgu Wojskowego z Bydgoszczy.
godz. 17.00–18.00 Koncert Orkiestry Garnizonowej z Siedlec.

Podchorążówka Muzeum Wychodźstwa Polskiego im. Ignacego J. Paderewskiego

godz. 11.15 Wernisaż wystaw fotograficznych: „Rotmistrz Pilecki”, „gen. Władysław Anders”, „Marsz, marsz Dąbrowski… Opowieść o Hymnie Narodowym”.

godz. 11.30–13.30 Prezentacje artystyczne solistów reprezentujących wojskowe ośrodki kultury – recitale.

godz. 14.30–15.30 Spektakl dla dzieci pt. „Calineczka” w wyk. Teatru „Wertep” z Łodzi.
Aleja przy Amfiteatrze

godz. 11.00–18.00 Prezentacja stoisk promocyjnych MON, punkt informacyjno-promocyjny DŻP, wystawa fotograficzna „Polacy w misjach pokojowych ONZ”,kiermasz książek.

Hipodrom

godz. 11.00–18.00 Rekonstrukcja osady rycerskiej, pokazy sprawności żołnierskiej.

godz. 11.00–12.00 Bractwo Rycerskie „Excalibur” – średniowieczna bitwa rycerska.

godz. 12.00–12.20 6 Brygada Desantowo-Szturmowa z Krakowa – pokaz wyszkolenia.

godz. 12.30–12.50 Oddział Specjalny Żandarmerii Wojskowej – pokaz wyszkolenia.

godz. 13.00–14.00 Bractwo Rycerskie „Excalibur” – turniej rycerski.

godz. 14.00–14.20 6 Brygada Desantowo-Szturmowa z Krakowa – pokaz wyszkolenia.

godz. 14.30–15.00 Szwadron Kawalerii ze Starej Miłosnej – pokaz musztry kawaleryjskiej.

godz. 15.00–17.00 Bractwo Rycerskie „Excalibur” – pokaz tańców średniowiecznych.

godz. 17.00–18.00 Bractwo Rycerskie „Excalibur” – pokazy walk w grodzisku rycerskim.
Mały hipodrom

Stoiska promocyjne szkół i akademii wojskowych, kawiarenka internetowa, kino polowe, i inne stoiska promocyjne.
Plac zabaw i gier

Gry strategiczne Stowarzyszenia Grenadier, „Galeria pod chmurką”, konkursy, gry i zabawy rekreacyjne, stanowisko stacji krótkofalarskiej.
Ul. Agrykola

godz. 10.00–18.00 Ekspozycja wojskowych pojazdów kołowych:

KTO „Rosomak”, 152 mm armatohaubica WZ 1977 „Dana” oraz wóz dowodzenia, 9K33M2 „Osa-AK” oraz wóz dowodzenia, samochód terenowy „Skorpion”, samochód terenowy HMMV.
14.00 Defilada wojskowa w Al. Ujazdowskich

Muzeum Wojska Polskiego, Al. Jerozolimskie 3

Dzień otwarty, wstęp bezpłatny.

10.00–16.00 Ekspozycje stałe.
9.00–17.00 Ekspozycje plenerowe.

Oddział Polskiej Techniki Wojskowej MWP przy ul. Powsińskiej 13
(Fort IX–Czerniakowski)

10.00–16.00

* Ekspozycja plenerowa – pokaz sprzętu wojskowego.
* Pokaz sprawności bojowej czołgów T-34, T-55AN „Merida”.
* Wystawa statyczna Grup Rekonstrukcji Historycznej – „Żołnierze Wojska Polskiego w II wojnie światowej”.
* Ekspozycje stałe: polska broń pancerna 1918–2003, polskie lotnictwo wojskowe 1916–2000, wojska aeromobilne i jednostki specjalne Wojska Polskiego 1918–2006.

Centralna Biblioteka Wojskowa, ul. Ostrobramska 109

10.00–16.00 Dzień otwarty.

Kuchnia polowa z grochówką wojskową

* hipodrom, mały hipodrom, plac zabaw i gier.